niedziela, 28 października 2018

Rozdział 40

Trzeci weekend Ligii Narodów zapowiadał się równie ekscytująco, co poprzednie. Reprezentacja Kanady wróciła z Argentyny, gdzie zgarnęła komplet punktów, a teraz wszyscy liczyli na powtórkę z rozrywki. Choć ani związek, ani kibice nie narzucali zbyt dużej presji – chcieli po prostu zobaczyć dobre, sportowe widowisko, to zawodnicy i sztab po cichu liczyli na powtórzenie sukcesu z poprzedniego roku i zdobycie medalu. 
A żeby to zrobić potrzebowali wsparcia. Dlatego też Nicolas i Sharone wybrali się do Ottawy, by już pierwszego czerwca wspierać zespół w czasie rozgrywek. W końcu Nico był synem pierwszego trenera, a Shoe może i złapał kontuzję, ale i tak należał do drużyny. 
A że Evans był pełnoprawnym łosiem, jego przyjaciel miał klonowe serce i duszę, to bez problemu dostali pozwolenie, by przyglądać się ostatniemu treningowi przed meczem z Australią. 
Łosie kontra kangury. Niewątpliwie zapowiadało się ciekawie. 
Dochodziła jedenasta, gdy Nicolas stał przy barierkach oddzielających boisko od trybun i w skupieniu przyglądał się trenującym siatkarzom. Opierał się o metalową balustradę,  uważnie śledząc tor lotu piłki. Czoło miał lekko zmarszczone, a spojrzenie tak zafascynowane, jakby od tego zależała przyszłość całego świata. 
Prawda była jednak taka, że trening się kończył. Oficjalne ćwiczenia zostały już wykonane, Stephane Antiga wydał ostatnie dyspozycje przed zbliżającym się meczem i teraz jego zawodnicy jedynie grali w różne, lekko głupawe gry, jak chociażby celowanie piłką w pośladki kolegi. Nie były to zabawy specjalnie wymagające, więc Sharone z radością dołączył do kumpli z drużyny. 
Nico grzecznie odmówił. Wolał popatrzeć. 
Czujnie śledził piłkę, usilnie starając się nie uciekać wzrokiem w stronę atakującego. Sam nie wiedział, dlaczego tak bardzo bał się na niego spojrzeć. Za każdym razem, gdy ich spojrzenia krzyżowały się, Evans uśmiechał się głupkowato, a przez wątrobę młodego Francuza przechodził niepokojący dreszcz. 
Choć może to była wina tego sera, którym urozmaicił sobie śniadanie? 
Pokręcił gwałtownie głową, chcą pozbyć się z głowy bezsensownych myśli. Miał skupić się na piłce, tylko i wyłącznie na piłce. 
− Wszystko w porządku? 
Jak spod ziemi, obok chłopaka nagle wyrósł Stephane Antiga we własnej osobie. Trener mierzył syna rozbawionym spojrzeniem, a po jego minie wyraźnie było widać, że coś knuje. 
− Jest okej. – Nicolas beznamiętnie wzruszył ramionami, siląc się na beztroski ton. −  Zastanawiam się tylko, jakim cudem oni jeszcze żyją – zażartował na siłę, mając nadzieję, że uda mu się ukryć lekkie podenerwowanie. 
Jednak Stephane nie dał się nabrać. Może i poznał swojego najstarszego syna zaledwie dwa miesiące wcześniej, ale znał się na ludziach na tyle, by zobaczyć, że coś go dręczy. 
A dodatkowo miał wystarczająco doświadczenia by wiedzieć, że pytanie wprost co do zasady się nie sprawdza. 
− Rozmawiałeś ostatnio z mamą? – Poruszył więc teoretycznie odległy temat. 
− Tylko raz. – Nico rozłożył bezradnie ręce. Jednocześnie w myślach odetchnął z ulgą. Nie specjalnie miał ochotę na przesłuchanie. − Shoe jest mistrzem w organizowaniu czasu. 
− Czyli, że na razie pobyt w Kanadzie możesz uznać za udany, tak? – Starszy mężczyzna posłał mu zaciekawione spojrzenie. 
− I to bardzo! – Chłopak rozpromienił się bezwiednie. – Widziałem wodospad Niagara, brałem udział w ogródkowej imprezie i spożyłem hektolitry syropu klonowego. A pani Evans, mama Sharona, robi tak genialnie placuszki, że jak wrócę do Polski, to na sto procent nie wcisnę się w swoje spodnie. – Nawijał nadspodziewanie podekscytowanym tonem. − No i ogólnie Shoe nie pozwala mi się nudzić. Zwiedziliśmy całe Toronto, pokazał mi chyba wszystkie najciekawsze miejsca w mieście. I już zaplanował kolejne dwa tygodnie. Chce, żebym zobaczył inne części Kanady. Już nawet opracowaliśmy system podróżowania. W ciągu dnia zwiedzamy, a wieczorami chodzimy do klubów albo oglądamy filmy. Głównie komedie i thrillery, bo Shoe panikuje na horrorach. 
Stephane słuchał go uważnie, co pewien czas mechanicznie kiwając głową. Z każdą kolejną sekundą, uśmiech na jego twarzy robił się coraz szerszy, a w oczach pojawił się cwany błysk. 
− Wygląda na to, że dobrze się bawisz – skwitował, gdy Nico w końcu skończył swój wywód. 
− Bawię się świetnie −  prychnął chłopak. – Zresztą, jak mogłoby być inaczej? 
Trener zmarszczył brwi i powoli pokiwał głową. Nie wydawało się, by odpowiedź syna go przekonała. Wręcz przeciwnie, twarz Stephana przybrała niepokojąco zmartwiony wyraz. 
− A mimo tego wyglądasz na zmęczonego. Na pewno dobrze się czujesz? 
Nicolas głośno przełknął ślinę. Schował ręce do kieszeni spodni i nerwowo przestąpił z nogi na nogę. 
− To trochę… sam już nie wiem – mruknął. Bardzo chciał podzielić się z ojcem swoimi problemami, ale tak naprawdę, to nie miał pojęcia, co to za problemy. Pragnął usłyszeć od mężczyzny radę, dostać od niego prawdziwe, rodzicielskie wsparcie, takie, o którym zawsze marzył. 
I wierzył, że by je otrzymał, gdyby tylko ktoś potrafił zdefiniować stan chłopaka.
Niespodziewanie złapał się na tym, że odruchowo szuka wzrokiem Sharone. Atakujący nadal grał z kolegami i wydawał się zupełnie nie zwracać uwagi na rozterki przyjaciela. 
Nico uśmiechnął się nieznacznie. Widok tak pozytywnego Evansa, był balsamem dla duszy młodego Francuza. Kontuzja, z którą musiał się zmierzyć Kanadyjczyk, była z tych poważniejszych, a termin powrotu do zdrowia wydawał się być bardzo odległy. 
Ale teraz wyglądało na to, że jest szansa, by Shoe wrócił na mistrzostwa. 
− Jeśli nie chcesz to nie mów – Stephane szybko uspokoił syna. – Nic na siłę.
Nicolas westchnął głęboko. Gdyby to było takie proste….
− To nie tak. – Powoli pokręcił głową. – Ja… sam nie wiem, co się ze mną dzieje. Gdybym wiedział… wszystko byłoby łatwiejsze. 
Trener zacisnął usta w wąską kreskę. Spojrzał na Nika, potem na Sharona, by na końcu w zamyśleniu podrapać się po brodzie. Milczał przez długą chwilę, jakby analizując zaistniałą sytuację. Na jego twarzy stopniowo pojawiało się zrozumienie i jakby lekkie współczucie. 
− To będzie dla ciebie trudne – powiedział w końcu. – Bardzo trudne. Gdy w końcu się zorientujesz… Dużo czasu zajmie ci zrozumienie, co tak naprawdę się dzieje. Możesz mieć problem z zaakceptowaniem tego. Ale pamiętaj, że ja i mama, zawsze będziemy cię wspierać. – Pokrzepiająco poklepał syna po ramieniu, a potem krzyknął coś do zawodników i odszedł, zostawiając Nicolasa z jeszcze większym mętlikiem w głowie. 
***

Joyce nerwowo spojrzała na zegarek i mimowolnie odetchnęła z ulgą. Miała jeszcze pół godziny do oficjalnego zakończenia pierwszego dnia w nowej pracy. Oficjalnie nie powinien być on specjalnie ciężki, taki zapoznawczy, ale rzeczywistość okazała się wyjątkowo brutalna. Wystarczyło bowiem, że kobieta usiadła przy biurku, a już dostała zadanie. Musiała załatwić bilet dla wyjątkowo kapryśnego  klienta, który wymyślił sobie, że poleci do Sydney z Dubaju, gdzie akurat był. 
Problem był taki, że ostatni samolot do Sydney odlatywał za czterdzieści pięć minut. I choć klient był już na lotnisku, to obsługa prawie zakończyła boarding i nie było możliwości, by normalnie kupić bilet. 
Dlatego właśnie sprawę tę dostała Jocelyne. To miał być swoisty test, sprawdzający jej elokwentność, umiejętności negocjacji, czy zdolność przekonywania do siebie ludzi. 
Oraz wpływy, bo to one przydały się najbardziej. Lotnisko w Dubaju było w końcu bazą byłego pracodawcy Francuzki – linii Emirates Airlines. Jak flagowa stewardessa linii, kobieta wiedziała, za które sznurki pociągnąć, by osiągnąć swój cel. 
Wykonała parę telefonów, nawrzeszczała na kilka osób po angielsku, nawrzucała komuś po arabsku i teraz pozostawało jej tylko czekać na ostateczną decyzję. 
Znów spojrzała na zegarek. Dwadzieścia minut do końca pracy, trzydzieści do odlotu samolotu. 
Nerwowo stukała palcami w służbową komórkę. W myślach już klęła na czym świat stoi. Ostatnią rzeczą, na która miała dziś ochotę, były nadgodziny. Miała ważny powód, by skończyć punktualnie. Był nim pewien dwumetrowy mężczyzna, od którego zależało większość jej prywatnego życia. 
W końcu telefon zawibrował ponaglająco. Joyce pospiesznie nacisnęła zieloną słuchawkę i przyłożyła urządzenie do ucha. 
− I co? Załatwiłeś? – rzuciła podenerwowana. 
− No wiesz… − po drugiej stronie odezwał się zatroskany, męski głos. – To wcale nie takie proste. 
− Nawet mnie nie denerwuj, Raahit – warknęła. – Mów, czy się udało – nakazała stanowczo. 
Przez kilka sekund mężczyzna milczał tajemniczo, by w końcu zarechotać cicho. 
− Załatwiłem, załatwiłem, ten twój laluś w garniaku jest już w drodze do samolotu – zaśmiał się. – W końcu od czego ma się przyjaciół w zarządzie linii, nieprawdaż? 
Jocelyne pozwoliła sobie na głośnie westchnięcie ulgi. Pierwszy dzień w pracy i pierwsze wykonane zadanie. Chyba mogła być z siebie dumna. 
− Dzięki wielkie, mam u ciebie dług wdzięczność – powiedziała, odwracając się na obrotowym krześle. 
− Pewnie, że masz – prychnął Raahit. – Głównie dlatego, że ostatnio prawie się nie odzywasz. Zaczynałem się martwić, czy jeszcze żyjesz w tej Warszawie. Jak tak w ogóle można, nie dawać znaku życia!
Pokręciła z zrezygnowaniem głową, ale na je twarzy pojawił się nieznaczny uśmiech. Mogła spodziewać się takiego obrotu spraw. W końcu miała do czynienia ze swoich przyjacielem, który może nie był tak nadopiekuńczy, jak Stephane, ale swoje za uszami miał. 
− Wiem, przepraszam, miałam ostatnio sporo na głowie – wyjaśniła ogólnie, odruchowo znów spoglądając na zegarek. Godzina zero zbliżała się nieubłaganie. – Obiecuję, że od teraz będę się meldować regularnie, ale dzisiaj muszę już kończyć. Mam jeszcze jedną ważną sprawę do załatwienia. – Przepraszająco rozłożyła ręce, choć doskonale wiedziała, że przyjaciel i tak jej nie widzi. 
− Niech będzie, że ci wierzę. – Mężczyzna mimowolnie parsknął śmiechem. – Ale trzymam cię za słowo, co do regularnego dzwonienia. Bo inaczej osobiście cię odwiedzę – pogroził Joyce, a potem pożegnał się szybko i rozłączył. 
Jocelyne było to bardzo na rękę. Odczekała jeszcze dziesięć minut, a gdy pozostali pracownicy zaczęli się zbierać, ona też skończyła pracę. Błyskawicznie zgarnęła swoje rzeczy, by po chwili już być przed budynkiem. 
Gdy wyszła, odetchnęła głęboko ciepłym, czerwcowym powietrzem. Słońce wisiało wysoko na niebie, wiało delikatnie, a pogoda była wręcz idealna na spacer lub piknik. Nic, tylko cieszyć się życiem. 
− Niespodzianka… 
Nagle ktoś zasłonił kobiecie oczy. Już chciała się wyrywać, jednak, gdy poczuła znajomy zapach, uspokoiła się. Rozluźniła mięśnie i wtuliła się w pierś siatkarza. On objął ukochaną w pasie, opierając głowę na jej ramieniu
− Naprawdę przyszedłeś – wyszeptała, przymykając oczy. 
− Dlaczego miałbym nie przyjść? – Czule pocałował czoło Joyce. – W końcu obiecałem, że zabiorę cię na najlepsze lody w mieście, prawda? 
Uśmiechnęła się nieznacznie. Nie wyplątując się z objęć Andrzeja, obróciła się do niego przodem. Zarzuciła ręce na szyję mężczyzny i uśmiechnęła się przebiegle. 
− Tym razem nie dam się wywieść w pole skarbie – powiedziała. – Owszem, pójdziemy na lody, ale przy okazji pobawię się w psychoterapeutę i rozwiążę twoje problemy. 
Wrona westchnął głęboko. Chyba nie był specjalnie przekonany do tego pomysłu, ale przecież z kobietami się nie dyskutuje. 
− Ale u mnie wszystko w porządku – próbował się jeszcze wykręcić. – Powinniśmy raczej rozmawiać o tobie. Chcę koniecznie wiedzieć, jak ci minął pierwszy dzień w pracy! 
Jocelyne mimowolnie parsknęła śmiechem. Pokręciła głową z udawaną dezaprobatą, a potem chwyciła środkowego za rękę i zaczęła powoli iść w kierunku pobliskiego bulwaru. Doskonale pamiętała, że to właśnie tam miały być sprzedawane „najlepsze lody w mieście”. 
Miała racje. Nad brzegiem Wisły stała kolorowa budka, a przed nią już ustawiała się kolejka. Para posłusznie stanęła w ogonku, a gdy otrzymali swoje rożki, powoli ruszyli wzdłuż rzeki. 
Przez kilka minut szli w zupełnym milczeniu. Andrzej marszczył to czoło, to znów nos, jakby myślał nad czymś intensywnie, za to Joyce, co chwilę zerkała na niego kątem oka, zastanawiając się, jak zacząć rozmowę i czy w ogóle ją zaczynać. Bo teoretycznie wszystko było w porządku, więc dlaczego niby, mieliby rozdrapywać stare rany? 
Jednak, gdy minęli kolorowy plac zabaw, coś w kobiecie pękło. Zatrzymała się gwałtownie, zacisnęła nieznacznie jedną pięść, a wzrok wlepiła w gromadkę bawiących się dzieci. 
− Musimy porozmawiać – wychrypiała słabym głosem. – O tobie. 
− O mnie? – Andrzej parsknął sztucznym śmiechem. – Wydaje mi się, że ostatnio całkiem nieźle sprawdzam się w roli partnera idealnego. 
Z irytacją przewróciła oczami. Czy wszyscy faceci musieli być tak strasznie wkurzający? 
− I właśnie o to chodzi! – wybuchnęła. – Od naszej wizyty u ginekologa zachowujesz się tak, jakbym była ze szkła. Rozumiałabym to, gdybym jednak była w ciąży, ale nie jestem! Więc, o co chodzi, Andrew? – Posłała mu błagalne spojrzenie. 
Westchnął głęboko. Schował ręce do kieszeni i zamrugał szybko, jakby powstrzymując, zbierające się w oczach łzy. 
− To nie jest takie proste – szepnął, nerwowo przełykając ślinę. – Ja… sam nie wiem od czego zacząć. 
− Może od początku? 
− Tylko gdzie jest początek?  
Joyce już chciała odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili zamilkła. W zamyśleniu podrapała się po policzku. Nie spodziewała się takich filozoficznych pytań, więc postanowiła sama jakoś pociągnąć temat. 
− Domyślam się, że chodzi o dziecko – zaczęła, starannie ważąc każde słowo. – A raczej o fakt, że go nie ma. Z czym chyba nie potrafisz się pogodzić.
Jęknął cicho. Odwrócił się do kobiety, jednocześnie stając plecami do placu zabaw. 
− Zastanawiam się, co ma ci powiedzieć – przyznał w końcu. 
− Najlepiej prawdę – poradziła, choć w głębi duszy zaczynała bać się tego, co może usłyszeć. 
Andrzej zacisnął usta w wąską kreskę. Wahał się przez moment, a potem chwycił Jocelyne za ramiona, by upewnić się, że patrzy mu prosto w oczy. Dopiero, gdy to zrobił, zdobył się na wyjaśnienia. 
− Przez te kilka dni, gdy myśleliśmy, że będziemy rodzicami, ja zdążyłem już wszystko zaplanować. Od tego, jak ogłoszę światu tę wspaniałą nowinę, przez propozycje imion, po rodzaj fotelika, który byśmy kupili. I… − przełknął nerwowo ślinę. – I jeszcze mi nie przeszło. Niby wiem, że nie jesteś w ciąży, ale i tak łapię się na tym, że zastanawiam się, który model wózka będzie najlepszy albo kiedy maleństwo zacznie przesypiać całe noce – mówił lekko drżącym głosem. – Po nocach śnisz mi się z dzieckiem na rękach, czasami zupełnie małym, czasami większym, widzę, jak się z nim  bawisz, przytulasz i… Uważam na to, co robię, co mówię, bo boję się, że cię zranię – wyznał. – Bo wiem, że byłaś przerażona i mimo wszystko cieszysz się, że jednak nie zaliczyliśmy przysłowiowej wpadki. Ale jednocześnie… − zawahał się. Przygryzł nerwowo wargę, jakby nie będąc pewnym, czy może kontynuować. 
− Ale jednocześnie boję się, że naprawdę nie mogę mieć dzieci− dokończyła za niego Joyce.
− Dokładnie. 
Nic więcej nie powiedziała. Spuściła wzrok i mechanicznie zaczęła przebierać palcami. Nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Jej myśli krążyły jak oszalałe, a serce to przyspieszało to zwalniało. 
− Po prostu nie chciałem cię znów skrzywdzić – powtórzył. 
Uśmiechnęła się smutno. Czy w ogóle mogła pomyśleć o czymś innym? 
−Nie musisz się bać – zapewniła. – Przez ostatnie lata nauczyłam się z tym żyć. Zresztą bardziej by mnie bolało, gdybyś nie chciał tego dziecka – wyszeptała, a potem wspięła się na palce i czule pocałowała mężczyznę. 
Objął ją w pasie i przyciągnął do siebie, pogłębiając pocałunek. 
− Zawsze będę chciał – obiecał, gdy na chwilę oderwali się od siebie. – Niezależnie od tego czy pojawi się teraz, za rok, czy za dziesięć lat – dodał i tym razem to on pocałował Jocelyne.
Oddała pocałunek. Teoretycznie odetchnęła z ulgą. Znów było normalnie. 
Ale w jej głowie pojawiło się kolejne pytanie: 
Czy dziecko kiedykolwiek się pojawi?

***

– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – Nicolas z powątpieniem spojrzał na zamocowany przy brzegu rower wodny.
– Oczywiście, że tak – prychnął Sharone. – Jeśli chcesz pokonać swoją wodę przed naturalnymi zbiornikami wodnymi, to musisz się przełamać. A pływanie po takim małym jeziorku jak to, można uznać za dobry początek. – Wyszczerzył się głupkowato, a potem zgrabnie wskoczył do łódki. – No chodź, przecież cię nie zjem!
Nico mruknął coś pod nosem, ale ani nie drgnął. Nadal to zaciskał, to znów rozluźniał pięści, morderczym wzrokiem wpatrując się w tafle wody. 
– Nie ma mowy żeby tam wszedł – warknął. 
Evans z irytacją przewrócił oczami. Miał już serdecznie dość narzekań kumpla. Od dziesięciu minut stali na tym cholernym nabrzeżu, czas wynajmu płynął nieubłaganie, a Francuz uparcie odmawiał choćby wejścia na rowerek. 
– Przecież to jeziorko ma może pół metra głębokości! – przypomniał już naprawdę zdesperowany. – A ty metr dziewięćdziesiąt! 
– Utopić możesz się nawet w szklance wody – mruknął Nicolas.  
– Bo zaczynam tracić cierpliwość… 
– Co robicie chłopaki?!
Jakby znikąd tuż obok Nicolasa pojawiła się Maya. Włosy związała w idealny wręcz warkocz, a zwiewnej, kwiecistej bluzce wyglądała nadzwyczaj uroczo. 
– Cześć! – Na jej widok z Sharona uleciała cała złość. – Co ty tu robisz? 
– Tak naprawdę to nic ciekawego – przyznała.– Tak sobie spacerowałam. A ty? – Posłała chłopakowi filuterny uśmiech, prawie całkowicie ignorując Nicolasa. 
– Próbuję namówić tego głupka na mały rejs. – Spojrzał na przyjaciela spode łba. –  Niestety wychodzi mi to na razie słabo, a czas wynajmu mija i mija…
– Ja mogę płynąć z tobą! – zaproponowała bez chwili wahania. 
Shoe z zaciekawieniem przekrzywił głowę. Tego się nie spodziewał. W zamyśleniu podrapał się po brodzie. Wystarczyło jednak, by spojrzał na nadal naburmuszonego Francuza, a momentalnie podjął decyzje. 
– W takim razie wsiadaj. Nie mam już cierpliwości, by przekonywać Nica. – Z zrezygnowaniem machnął ręką. 
Maya uśmiechnęła się wdzięcznie i już miała zamiar wejść na rowerek, gdy niespodziewanie wyprzedził ją Nicolas. 
– Zmieniłem zdanie – stwierdził, niezgrabnie włażąc na rower. – Trzeba walczyć z lękami, co nie? Zresztą w tej łódce jest miejsce dla trzech osób. Ja sobie pooglądam widoczki, a wy popedałujecie. 
Kanadyjczycy wymienili zaskoczone spojrzenia. Zdecydowanie nie tego się spodziewali. Przez ułamek sekundy nie bardzo wiedzieli, co zrobić, ale w końcu Evans beznamiętnie wzruszył ramionami i zachęcająco poklepał miejsce obok siebie.
– Wsiadaj! 
Dziewczyna obdarzyła Nicolasa krzywym spojrzeniem, jednak wsiadła, a sam Francuz rozłożył się na ławeczce z tyłu. 
Wypłynęli na jezioro. Było ono niewielkie i stosunkowo płytkie, więc wokół roiło się od ludzi, którzy również korzystali z dobrej pogody. 
Sharone uśmiechnął się nieznacznie, kątem oka spoglądając na Mayę. Pedałowała powoli, wystawiając twarz do słońca, a jej włosy lśniły delikatnie. 
– Naprawdę tak po prostu sobie spacerowałaś? – zagadnął. 
– Yhm – przytaknęła. – Poszłam oddać książkę do biblioteki, a potem stwierdziłam, że jest za ciepło na powrót do domu. Co prawda nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić, ale na szczęście spotkałam ciebie. Inaczej pewnie zanudziłabym się na śmierć. 
– Taki już jestem. – Wyszczerzył się głupkowato. – Zawsze w odpowiednim miejscu i odpowiedniej porze. 
Choć żart był słaby, obydwoje wybuchnęli gromkim śmiechem. Jedynie siedzący z tyłu Nico milczał. Zdjął buty, nogi zamoczył w wodzie, zamyślonym wzrokiem mierząc przeciwległy brzeg. 
Przez kolejne kilkanaście minut bardzo powoli pływali po jeziorze. Sharone i Maya beztrosko przeskakiwali z jednego tematu na drugi, co chwilę śmiejąc się radośnie. Zdarzało się, że Shoe zapytał o coś Nicolasa, ale po kolejnej monosylabowej odpowiedzi, dał sobie spokój. Z czasem, ciesząc się luźną rozmową z dziewczyną, zupełnie zapomniał o przyjacielu. 
Zresztą on się nie przypominał. Wyłączył się zupełnie z towarzystwa, nawet jego fobia wzięła sobie wolne. 
W końcu czas wynajmu się skończył i dobili do przeciwległego brzegu. Nico jak oparzony poderwał się ze swojego miejsca i prawie przewracając rowerek, wyskoczył na stały ląd. 
– Nigdy więcej się w to nie bawię – mruknął, buńczucznie krzyżując ręce na piersi. 
Evans mimowolnie parsknął śmiechem. Pokręcił głową z udawaną dezaprobatą, a potem sam wstał. 
– Madame. – Szarmancko podał Mai dłoń. 
– Dziękuję. – Dziewczyna uśmiechnęła się wdzięcznie, a potem z gracją wyszła na brzeg. – To był… – zawahała się, szukając właściwego słowa. – Naprawdę wyjątkowy rejs. Niestety, ale muszę już iść. Mój czas wolny się skończył. – Z rezygnacją spojrzał na zegarek. 
Sharone przybrał minę smutnego szczeniaczka. 
– Naprawdę? Ale to chyba nie jest nasze ostatnie spotkanie, prawda? 
– Oczywiście, że nie, głuptasie! – zaśmiała się. – Przecież mamy przed sobą całe wakacje, Shoe! – Wykonała piruet, wspięła się na palce, a potem cmoknęła siatkarza w policzek. – Widzimy się niedługo – szepnęła po czym jak gdyby nigdy nic odbiegła w kierunku metra. 
Shoe odprowadził ją rozmarzonym wzrokiem. Gdy zniknęła w podziemiach westchnął głęboko, a potem zwrócił się do Nicolasa. 
– Jest niesamowita, co nie? 
– Ta, pewnie. – odburknął Francuz, odwracając głowę. 


Dzięki temu Sharone nie dostrzegł jego mocno zaciśniętych ust i wściekłego spojrzenia. Dalej mógł żyć w błogiej nieświadomość, wspominając piękny uśmiech Mai. 


W ten niezwykle deszczowy poranek, z wielką przyjemnością przedstawiam wam już czterdziesty rozdział. Może nie jest on decydujący dla całej fabuły, ale pisało mi się go z przyjemnością. Mam nadzieję, że i wam przypadł do gustu. 
Wiecie, że do końca zostały tak naprawdę cztery rozdziały? Ja jakoś nie mogę w to uwierzyć. I przyznam, że jak jeszcze jakiś czas temu byłam pewna, kiedy to opowiadanie się skończy, to teraz zaczyna mi chodzić po głowie myśl, by jeszcze chwilę je pociągnąć, że nie zakończę wszystkich wątków. Pytanie, czy komukolwiek będzie się chciało czytać kolejne piętnaście rozdziałów? 
W kadym razie, nawet jeśli skończę tę historię za miesiąc ( taki jest plan), to pisać będę dalej. Dlatego już dzisiaj serdecznie zapraszam Was na prolog na Time Wrap.  Jeszcze minie trochę czasu za nim pojawi się tam pierwszy rozdział, ale już czekam na wstępne opinie, szczególnie, że będzie to zupełnie inny typ historii niż Lucky One. 
Ode mnie na dzisiaj to tyle. Serdecznie zapraszam do komentowania i widzimy się na waszych blogach. 

7 komentarzy:

  1. Stephane po raz kolejny udowodnił, że mimo straconych lat. Świetnie zna Nicolasa i doskonale wie, kiedy chłopaka coś trapi. Wydaje mi się nawet, że dużo szybciej połapał się w tym, co trapi jego syna niż on sam.
    Nicolas zaczyna się coraz bardziej męczyć obecną sytuacją, choć tak naprawdę sam nie wie dlaczego. Z jego strony rzeczywiście, coraz częściej wygląda to na coś więcej niż przyjacielskie uczucia w stosunku do Sharona. Świadczy o tym zazdrość o Mayę i niechęć w stosunku do jej osoby. Przecież on ledwo znosi jej towarzystwo, a to chyba nie powinno tak wyglądać. Gdyby Evans był tylko jego przyjacielem to raczej wspierałby go w dalszych relacjach z Maya. Ale kto wie jak to jest naprawdę...
    Za to Sharone, coraz mocniej interesuje się dziewczyną. Uwielbia spędzać z nią czas i gdy tylko jest w pobliżu, skupia swoją uwagę tylko na niej. Wygląda ma to, że powoli się w niej zakochuje...
    Joyce rozpoczęła swoją pracę i już na starcie czekało na nią trudne zadanie. Na szczęście świetnie sobie z nim poradziła i dzięki pomocy przyjaciela. Bez przeszkód mogła wywiązać się ze zleconego jej obowiązku.
    W końcu porozmawiała szczerze także z Andrzejem. Który wyznał jej wszystkie swoje obawy. Nadal trudno zaakceptować mu fakt braku dziecka, ale z każdym dniem powinno być lepiej. Zwłaszcza, że może liczyć na wsparcie Joyce. A to w związku jest najważniejsze.
    I jak najbardziej jestem za dodatkowymi rozdziałami. Jakoś nie dochodzi do mnie myśl, że już niedługo będę musiała się pożegnać z tymi bohaterami.
    Czekam jak zawsze na kolejny rodział. 😊

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja w dalszym ciągu głowię się nad relacją Nico-Shoe :D Z każdym kolejnym rozdziałem jestem bliższa stwierdzeniu, że Nico czuje do Shoe coś znacznie poważniejszego... Coś więcej od przyjaźni. Ale czy tak jest naprawdę? On sam ma ogromny mętlik w głowie i nie wie, jak poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. Stephane chyba wyczuł, co jest na rzeczy... Takie przynajmniej odniosłam wrażenie. Mimo tych utraconych lat świetnie rozumie swojego najstarszego syna i jestem pewna, że Nico będzie mógł na niego liczyć w każdej sytuacji. No bo kurczę... Czy gdyby Nico czuł tylko przyjacielską zazdrość to czy reagowałby z aż taką niechęcią na Mayę? Nie wydaje mi się. Nie przepada za jej towarzystwem, zresztą ona również nie pała do niego sympatią. Za to Shoe jest coraz bardziej oczarowany dziewczyną, co oczywiście działa Nico na nerwy. Aż do tego stopnia, że postanowił się jednak przełamać i skorzystać z zaproszenia przyjaciela :D Ciekawie, ciekawie ^^
    Joyce w końcu rozpoczęła pracę i od razu czekało na nią spore wyzywanie, z którym świetnie sobie poradziła :) Dobrze jest mieć takich przyjaciół ^^ Ogromnie cieszy mnie fakt, że zdecydowała się przeprowadzić szczerą rozmowę z Andrzejem. Zarówno ona, jak i siatkarz poczuli się przez to lepiej. Andrzej wyrzucił z siebie to, co leżało mu na sercu... Nadal nie może pogodzić się z tym, że Joyce jednak nie jest w ciąży. Nie dziwię mu się, ale życzę by z każdym dniem radził sobie coraz lepiej. Może liczyć na Joyce, a ona na niego i to jest najważniejsze :) Ale może powinna jednak zdecydować się na przeprowadzenie tych badań? Rozumiem, że istnieje duża obawa, ale przynajmniej wiedziałaby na czym stoi... Ale na razie niech sprawy toczą się swoim rytmem :)
    Jeszcze więcej rozdziałów? Jestem na tak ^^
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak jak pisałam ostatnio z każdym kolejnym rozdziałem mam coraz większy mętlik w głowie jeśli chodzi o Nico i Shoe.
    Nico wydaje się być coraz mocniej zazdrosny o przyjaciela. Maja doprowadza go do szału i ledwo ja toleruje . Za to Shoe pomału zakochuje się w Mai. Przynajmniej tak to dla mnie wygląda .
    Fajnie że Stephan od razu zauważył że coś trafi chłopaka. Widać że świetnie rozumie swojego syna . Nawet mimo tego że jest z nim tak krótko.
    Joyce w końcu porozmawiala z Andrzejem. Napewno ta rozmowa była im obu potrzebna .
    Więcej rozdziałów? Nawet nie pytaj. Po prostu pisz.😊😊😊
    Przepraszam że krótko dzisiaj. Ale nadal z komórki i do tego śpieszę się do pracy. Pozdrawiam i czekam jak zwykle z niecierpliwością .

    OdpowiedzUsuń
  4. Ej...ja tego Nicka i Sharona nie przezyję. Bardzo nie podoba mi się strona w którą to wszystko zmierza. Na całe szczęście to wszystko jest jednostronne, dlatego Nicko ma przerąbane. Musi się z tym wszystkim głowić i głowić, a jednocześnie rozkminiać swoje prawdziwe uczucia.
    Ja to się ciesze, że jest ta Maya, zajmująca myśli i chyba serce Evansa, bo byłoby ciężko...
    Joyclyn i Andrzej po rozmowie i w sumie ulżyło mi, że wszystko sobie wyjaśnili. Takie tajemnice, niedopowiedzenia i ciche dni są zabójcze dla miłości. Biedny Wrona, dalej przezywa sytuację z dzieckiem. Kurcze, tak teraz myślę, że on idealnie naddawałby się na tatę i kto wie, może kiedyś mu się poszczęści i malutki bobasek się pojawi?
    W sumie mam mieszane uczucia, co do przedłużenia tej historii...Nie, że nie podoba mi się ten pomysł, po prostu nie wiem, co napisać :D zaufam tobie i zaakceptuję każdy wybór
    N

    OdpowiedzUsuń
  5. Cztery rozdziały? Ale że to już? ;o Boże, pamiętam jak wpadłam tu po raz pierwszy gdy były tylko dwa i już zostałam haha :D I powiem Ci szczerze, że nigdy nie zwracałam uwagi na liczbę rozdziałów, aż mnie zszokowało że wybiła czterdziestka! Także proszę mi nie zadawać takich pytań czy będzie mi się chciało czytać dalej, bo to przecież wiadome! Za dużo mam nadal pytań, żeby zostawić je bez odpowiedzi :P
    Stephan zaczyna podejrzewać to co ja. Cóż, to w sumie nie jest trudne, w końcu zachowanie Nico daje do zrozumienia. Te jego spojrzenia w kierunku Shoe ... dlatego bardzo się cieszę, że "na zaś" ojciec dał mu do zrozumienia, że jakby coś to on i Stephanie nie będą mieli nic przeciwko. Przynajmniej gdy chłopak się zorientuje co i jak nie będzie się obawiał, aby wyznać im prawdę w strachu że go odrzucą. Dlatego punkt dla Seniora Antigi! <3
    Nadal nie potrafię "rozpracować" Shoe. Jest taki tajemniczy! Na dodatek robi maślane oczka do Mayi, której ewidentnie wpadł w oko i cóż ... ona nawet nie bierze pod uwagę faktu, że cokolwiek może łączyć Shoe z jego przyjacielem. Jest na pewno zirytowana tym, że nie może wpaść na chłopaka gdy jest sam, bo cały czas kręci się przy nim Nico. Dlatego choć zachowuje się samolubnie w stosunku do Nico, to w jakimś stopniu ją rozumiem. A nasz Francuz jest o nią zazdrosny, mimo że nadal to do niego nie dociera.
    Cieszę się z powodu rozmowy Joyce i Andrzeja. Wyjaśnili sobie wszystkie niedomówienia, facet przyznał co mu na sercu i duszy leży ... co się chwali! Prawdziwy związek właśnie tak powinien wyglądać. Została pomiędzy nimi jednak mała zadra, a raczej świadomość iż możliwe że dziecko z ich marzeń może nigdy się nie pojawić. Sądzę, że dziewczyna powinna przestać żyć z taką myślą "co jeśli ..." i zrobić badania. Trudno, może wynik być bolesny, ale prędzej to zaakceptuje, bo inaczej żyje w iluzji nadziei. I bardziej się dołuję! A przecież to nie koniec świata, tyle cudownych dzieci czeka, aby ktoś podarował im swoją miłość :)
    Pozdrawiam! ;* I lecę na prolog!

    OdpowiedzUsuń
  6. Stephane jest niezłym detektywem. Wystarczyło parę minut, aby zaczął domyślać się, co trapi jego syna. Cieszę się, że Nico będzie mógł w razie czego liczyć na rodziców, bo niewątpliwie będzie mu to potrzebne kiedy sam dojdzie do ładu ze swoimi myślami. Myślę, że Nico powinien albo szczerze pogadać z Shoe o swoich uczuciach/wątpliwościach albo wrócić wcześniej do domu i w spokoju wszystko przemyśleć.
    Jak dobrze, że Joyce i Andrzej mają rozmowę za sobą. Szkoda mi Wrony, bo naprawdę nakręcił się na ojcostwo, ale tak bywa, że są "fałszywe alarmy". Joyce widząc jak Andrzej chce być ojcem teraz czy w przyszłości powinna wybrać się do lekarza, zrobić badania i mieć jasno czarno na białym napisane czy może mieć dzieci czy nie. W końcu jeśli chcą być w związku to powinni mieć tą wiedzę, aby np. w przyszłości rozważyć adopcję.
    Lecę czytać prolog nowego opowiadania i do następnego.

    OdpowiedzUsuń
  7. ❤ Ja tutaj jestem, ale walczę z krótką dobą, nie mam się do czego przyczepić, ale jak to 4 rozdziały do końca? Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Netka Sidereum Graphics