poniedziałek, 23 lipca 2018

Rozdział 24


− Shoe, musisz mi pomóc! Wpadłem na genialny pomysł!
Sharone przeklną pod nosem i niechętnie oderwał wzrok od laptopa. W drzwiach do pokoju stał nie kto inny, tylko Nicolas we własnej osobie. Szczerzył się cokolwiek głupkowato, a przez ramię przewieszoną miał sportową torbę.
I to by było jeszcze w miarę okej, gdyby nie fakt, że chłopak miał na sobie tylko kąpielówki.
A to już zdecydowanie nie było normalne.
Evans jęknął cicho, zamknął komputer i zmierzył współlokatora krytycznym spojrzeniem.
− Co żeś znowu zmalował?
− Wiesz, że Manoline nie jest na razie do mnie przekonana, co nie? – zaczął Nico, siadając na łóżku obok siatkarza. – To zupełnie normalne, w końcu nie codziennie dowiadujesz się, że zamiast jednego masz dwóch starszych braci. Ale pomyślałem, że wypadałoby zrobić coś, co pokarze jej, że jestem spoko gościem, prawda? – nawijał podekscytowany, to zaciskając, to rozprostowując palce. – Wymyśliłem więc, że zabiorę ją na basen. Ją i Timotiego, tak na wszelki wypadek. Bo według Timiego, Many uwielbia pływać. I co ty na to? – Posłał Sharonowi podekscytowane spojrzenie.
− Mnie się podoba. – Atakujący jedynie wzruszył ramionami. – Tylko jaka jest moja rola w tym wszystkim.
− Ty się jeszcze pytasz?! – prychnął Nico. – Przecież to nie może być byle jaki basen.  To musi być najlepszy basen w mieście! A ty pomożesz mi go znaleźć!
− Że co proszę? – Shoe uniósł ze zdziwieniem brew, nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi. – Nie możesz po prostu sprawdzić w Internecie?
Nicolas gwałtownie pokręcił głową.
− Oczywiście, że nie! Wszystko muszę zobaczyć na własne oczy i osobiście ocenić. Z twoją pomocą, żeby nie było, że sam ganiam po basenach. Więc ubieraj kąpielówki i idziemy zaszaleć. – Poklepał przyjaciela po ramieniu i już chciał się podnieść, jednak ten w ostatniej chwili chwycił jego nadgarstek, zmuszając, by znów usiadł.
− Ej, to boli! – syknął, jednak Sharone zupełnie nie zwrócił na to uwagi.
− Skąd masz pewność, że zgodzę się na twój „genialny” plan? – Zakreślił w powietrzu cudzysłów.
− Bo jestem twoim przyjacielem? – zasugerował Nico. – A przyjaciele powinni sobie pomagać.
− Nie wiem, czy zauważyłeś, ale od prawie dwóch miesięcy mieszkasz u mnie w salonie. To naprawdę spora pomoc.
− No wiem. – Z irytacją przewrócił oczami. – Ale ja naprawdę potrzebuję towarzystwa. A ty jesteś moim jedynym przyjacielem. Proszę, Shoe! – Wydął usta i zamrugał znacząco, przybierając minę małego, smutnego szczeniaczka.
Evans westchnął głęboko. Przeczesał dłonią włosy, po czym zmierzył Nicolasa uważnym spojrzeniem. Minęło tylko kilka dni, odkąd chłopak poznał swoich rodziców, ale już widać było zmianę w jego zachowaniu. Szczęście dosłownie od niego biło, sypiał spokojnie, nawet zaczął podśpiewywać pod prysznicem. W jego oczach pojawiły się radosne błyski.
Odnalazł swoją rodzinę. Okazało się, że przez te dwadzieścia lat ktoś go jednak kochał, ktoś za nim tęsknił. Nagle zyskał dom, w którym każdy miał swoje miejsce, w którym każdy był kochany za to, kim jest. Teraz chciał w końcu zaznać tej miłości.
A Sharone zamierzał mu pomóc.
− Niech będzie – zgodził się w końcu. – Pomogę ci. Ale chcesz obskoczyć wszystkie baseny dzisiaj? – zapytał, z powątpieniem spoglądając na torbę Nicolasa.
− Jak najbardziej! – Chłopak znów wyszczerzył się szeroko. – Mam mało czasu, a dużo do nadrobienia.

***

− Mamo, pomóż!
Danielle z ulgą oderwała się od tablicy informacyjnej. Potoczyła wzrokiem po olbrzymiej hali, wypatrując wśród kolorowych urządzeń swojego syna. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę, gdy nigdzie nie dostrzegła płowej czupryny Isaaca.
  Mamo!
Odwróciła się na pięcie. Dopiero teraz zorientowała się, że chłopiec stoi zaledwie kilka metrów za nią, na okrągłym, metalowym podwyższeniu, otoczonym wąskim pasmem wody.
− Co się stało? – Podeszła do młodego, a ten z buńczuczną miną wskazał na zatopiony w wodzie, aluminiowy pierścień.
− Nie mogę zrobić bańki!
Zaskoczona uniosła brew. Zerknęła na stojącą obok tablicę i z trudem powstrzymała się, by nie parsknąć śmiechem. Eksperymenty dla dzieciaków zawsze ją śmieszyły, bo choć miały w efektowny sposób tłumaczyć proste zjawiska, to tak naprawdę były mało ciekawe.
Przynajmniej dla niej, bo jak na razie Isaac miał niezłą frajdę.
− Pomogę ci.
Przykucnęła, chwyciła pierścień, a potem podniosła się bardzo szybko, otaczając syna zasłoną z bańki. Bańka szybko pękła, ale Isaacowi zajęło chwilę zebranie szczęki z podłogi.
− Jak mama to zrobiła?! – Podekscytowany aż podskoczył z wrażenia.
− To proste, musisz działać szybko. – Danny uśmiechnęła się dumnie.
− Chcę spróbować!
Jednak w tym momencie stojący obok mężczyzna odchrząknął znacząco, sugerując, że jego dzieci też chciałyby spróbować. Kobieta chwyciła więc syna za rękę i delikatnie zmusiła do zejścia z platformy.
− Zrobimy takie w domu – obiecała, widząc zawiedzoną minę syna.
Chłopiec niechętnie pokiwał głową. Przez chwilę jeszcze obserwował jak niewiele młodsza dziewczynka, nieudolnie próbuje powtórzyć doświadczenie, po czym rozejrzał się wokół i w zamyśleniu podrapał się po głowie. 
− Chyba wypróbowałem już wszystko – stwierdził.
Danielle w myślach podziękowała opatrzności. Miała zdecydowanie dość tego miejsca, tych ludzi i tej pseudo naukowej atmosfery. Z ulgą więc opuściła przybytek noszący dumną nazwę Centrum Nauki Kopernik.
− Zjemy coś teraz, prawda? – zapytał Isaac, gdy tylko  z powrotem znaleźli się na warszawskich ulicach. – Bo strasznie zgłodniałem.
Uśmiechnęła się nieznacznie. Przez te kilka tygodni młody nie tylko bardziej się otworzył, ale i nabrał apetytu. Zresztą trudno się dziwić, przy kuchni Stephanie każdemu może rozciągnąć się żołądek. Dodatkowo przy jedzeniu dobrze się rozmawia, a ona chciała w końcu powiedzieć Isaacowi o ojcu.
Wybrali małą, cichą restauracyjkę, w jednej z bocznych uliczek. Przez pierwsze dwadzieścia minut Isaac zażarcie komentował wizytę w Centrum Nauki, potem całkowicie pochłonęło go jedzenie, ale gdy tylko skończył, Danny pochyliła się nad stołem i delikatnie chwyciła dłoń chłopca.
− Musimy porozmawiać – zaczęła spokojnym tonem.
− Ale o czym? − Ośmiolatek niechętnie oderwał się od przeglądania karty deserów.
Odetchnęła głęboko. Spojrzała w twarz syna i powiedziała bez żadnych zbędnych wstępów:
− O twoim tacie.
Zamarł. Powoli zamknął kartę i odłożył ją na stół. Przekrzywił nieznacznie głowę, cały czas wpatrując się w mamę szeroko otwartymi oczami.
− O tacie? O moim tacie?
− Tak, właśnie o nim – przytaknęła.
Isaac nadal nie bardzo rozumiał. To otwierał, to zamykał usta, jakby był rybą w akwarium.
− Zamknij buzię, to nieestetyczne – skarciła go odruchowo Danielle.
Posłusznie wykonał polecenie. Następnie przełknął nerwowo ślinę, by w końcu odezwać się zachrypniętym głosem.
− Mamo… nigdy nie mówiła o tacie. Nigdy. Dlaczego teraz o nim wspominasz?
Zacisnęła usta w wąską kreskę. Dlaczego teraz? Tak, to było dobre pytanie.
− Można powiedzieć, że sytuacja uległa… zmianie. – Wymusiła uśmiech. – Stwierdziłam, że to nadszedł czas byś go poznał.
W tym momencie chłopiec totalnie zbaraniał. Z wrażenia aż odchylił się na krześle i pewnie, gdyby nie wrodzony refleks, wylądowałby na podłodze.
− Ale... Ale jak to? Naprawdę? Miałbym poznać tatę? Kiedy? Jaki on jest? Dlaczego teraz, dlaczego tutaj, dlaczego…?
− Uspokój się. – Niczym Juliusz Cezar, Danny uniosła otwartą dłoń, a Isaac momentalnie zamilkł. Wziął głęboki oddech i wlepił zniecierpliwiony wzrok w mamę, czekając na odpowiedź.
− Tak, poznasz tatę – zaczęła spokojnie. – Jutro, koło trzynastej. A jakim jest? – Przełknęła nerwowo ślinę. – Jest dobrym człowiekiem. – Uśmiechnęła się krzywo.
Isaac powoli pokiwał głową. Przez chwilę wpatrywał się w kobietę, w zamyśleniu drapiąc się po brodzie, by w końcu pochylić się nad stołem i konspiracyjnym szeptem zapytać:
− To ten pan, prawda? Guillaume, czy jakoś tak. Ten, z którym mama dzisiaj rozmawiała.
− Brawo, zmyślny z ciebie dzieciak – pochwaliła go szczerze. – Tak, to on, musieliśmy omówić pewne… szczegóły.
− Jakie?
Danielle przyjrzała się uważnie chłopcu. Nie wydawał się być negatywnie nastawiony do otrzymanej informacji. Wręcz przeciwnie – w jego oczach pobłyskiwał entuzjazm, a lewa stopa stukała niecierpliwie o posadzkę.
− Dotyczące waszego spotkania.
− Mówił coś o mnie? W końcu rozmawiałem z nim ze dwa razy.
− Wspominał tylko, że bardzo chce cię poznać.
Chłopiec przytaknął nieznacznie. Wrócił do wybierania deseru i przez ułamek sekundy Danny miała wrażenie, że to koniec. Pozwoliła sobie nawet odetchnąć z ulgą. W końcu reakcja syna mogła być zdecydowanie bardziej gwałtowna. Owszem wyglądał na podekscytowanego, ale nie zdenerwowanego.
Jednak kilka minut później okazało się, że to jeszcze nie wszystko.
− Dlaczego nie poznałem go wcześniej? – zapytał niespodziewanie Isaac.
Nieznacznie zacisnęła palce na krawędzi stołu. Oczywiście, że spodziewała się tego pytanie, była na nie przygotowana.
Ale teraz, gdy w końcu padło, z trudem zachowywała spokój.
− To… trudne do wyjaśnienia. Po prostu wcześniej uznałam, że tak będzie lepiej. Jeszcze nie teraz, ale… kiedyś ci wszystko wyjaśnię. Jeszcze jesteś za mały.
− Mam osiem lat, mamo! – zaprotestował stanowczo Isaac. – Sama mówisz, że wiele już rozumiem!
− Wiem – Nie zamierzała się z tym sprzeczać. – Jednak są pewne rzeczy… pewne sprawy, których… − westchnęła głęboko. – Których sama jeszcze nie rozumiem.
Młody zacisnął zęby. Tłumaczenie mamy nie bardzo do niego trafiało.
− Mama przecież wszystko rozumie – wychrypiał. – Zawsze rozumiała.
Uśmiechnęła się smutno. Wyciągnęła obie ręce, skrzyżowała je w nadgarstkach i położyła na stole. Po chwili wahania Isaac zrobił to samo. Dopiero, gdy ścisnął dłonie rodzicielki, kobieta kontynuowała.
− Nie ma człowieka, który rozumiałby wszystko. Tak, jak nie ma człowieka, który wiedziałby wszystko i który nie popełniałby błędów. Ja też nie wiem wszystkiego i popełniam błędy. Jak każdy. – Spojrzała prosto w szare oczy synka. Były dokładnie takie same, jak jej. – Kiedyś zrozumiesz – dodała.
Niechętnie pokiwał głową, jednocześnie spuszczając wzrok. Jeszcze przez chwilę w zamyśleniu przygryzał wargę, by w końcu uśmiechnąć się nieznacznie i spojrzeć na mamę.
− Naprawdę poznam tatę – wyszeptał, a w jego głosie znów pojawiła się ekscytacja. – Już nie mogę się doczekać! Tak strasznie się cieszę!
− Wiem. – Danny odwzajemniła uśmiech. – I myślę… myślę, że on też bardzo się cieszy.

***

− Justin, to naprawdę nie czas na fochy! – Natalii jęknęła przeciągle, gdy po raz kolejny tego wieczoru jej córka urządziła protest przeciwko jedzeniu. Zamiast posłusznie zjeść kaszkę, ona każdą kolejną łyżkę obdarzała pełnym dezaprobaty spojrzeniem, po czym zamachnąwszy się ręką, próbowała odtrącić ją na bok. Gdy jednak jej się to nie udawało, nadymała pulchne policzki, jej podbródek zaczynał drżeć i gdyby nie szybka interwencja leżącej obok pluszowej żyrafy, w mieszkaniu wybuchłby wodospad Niagara.
− Może ma dzisiaj zły dzień – zasugerował Guillaume. – Każdemu się zdarza.
Nat posłała mu zmęczone spojrzenie. Odkąd mężczyzna wrócił z rozmowy z Danielle, był jakiś dziwnie nieobecny. Prawie się nie odzywał, jedynie co pewien czas czule całował narzeczoną, a potem córkę.
− Powiesz mi w końcu, jak poszła rozmowa z Danny? – zapytała w końcu kobieta, po raz kolejny podejmując próbę nakarmienia Justin. – Jest aż tak źle, jak wygląda? Bardzo chce wszystko utrudnić? Będziesz musiał walczyć w sądzie? – Uniosła pytająco brew.
Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego oparł się o kuchenny blat, westchnął głęboko i założył ręce za głowę.
− No właśnie nie – mruknął. – Myślałem… Byłem przekonany, że tak właśnie będzie. Że z trudem ją przekonam albo nawet będę musiał walczyć o uznanie ojcostwa i prawa do Isaac, a tym czasem… Ona odpuściła! Rozumiesz?! Odpuściła! – zaśmiał się nerwowo.
Natalii powoli opuściła łyżeczkę z kaszką i z niedowierzeniem spojrzała na Samika.
− Co masz przez to na myśli?
− Powiedziała, że uznanie ojcostwa trochę zajmie, bo to straszna papierologia, ale, że ma znajomego prawnika w Paryżu, który to ogarnie. I bez problemu zgodziła się, bym zabierał Isaaca na wakacje i dłuższe weekendy i… − przerwał nagle, jakby niepewny, czy kontynuować.
− I co?
− I zaproponowała, że jeśli chcę… jeśli my chcemy – zaznaczył. – To Isaac może z nami zamieszkać na stałe.
Nat w wrażenia aż odchyliła się na krześle. Zamrugała szybko, próbują przetworzyć to, co właśnie usłyszała. Zmarszczyła czoło, a potem odruchowo wytarła Justin resztki kaszki z twarzy.
− Naprawdę tak powiedziała? – dopytała z niedowierzeniem. – Po prostu zaproponowała, że Isaac z nami zamieszka.
− Yhm. – Guillaume kiwnął głową. – Oczywiście zaznaczyła, że sam Isaac musi tego chcieć. Dlatego, jak tylko Danielle wyjedzie, muszę pogadać z Stephanem. Układ jest taki, że do lipca zajmujemy się młodym, a potem on zdecyduje co dalej.
− Poważna decyzja do podjęcia przez małego chłopca – mruknęła pod nosem. – Dlaczego Danny zaproponowała akurat takie rozwiązanie? – Znów spojrzała na ukochanego. − Wygląda na to, że idzie ci na rękę. Tak po prostu. To chyba dobrze, co nie?
Mężczyzna zacisnął zęby. Natalii nie musiała tego mówić, ale widział, że się denerwuje. Po raz kolejny w ciągu ostatnich kilku tygodni pożałował, że wciągnął partnerkę w to wszystko.
Choć doskonale wiedział, że i tak niczego przed ni,ą ukryje. W końcu sama doszła do tego, że Isaac jest jego synem.
− Jak myślisz, o co tak naprawdę chodzi Danielle? – zapytał, krzyżując ręce na piersi. – Bo jakoś nie chcę mi się wierzyć, że zgadza się na wszystko tylko dlatego, że ma dobre serce. Bo akurat w to wątpię – prychnął.
− A skąd ja mam to wiedzieć? – Natalii z irytacją przewróciła oczami.
− Bo jesteś kobietą. I matką. Może widzisz coś, czego ja nie dostrzegam.
Westchnęła cicho. Odwróciła się na krześle i spojrzała na Justin, która, uradowana przerwą w jedzeniu, dorwała się do swojej żyrafy i gryzła ją z zapałem.
− Danny… jest bardzo specyficzna – powiedziała w końcu Natalii. – Nie mam pojęcia, o co może jej chodzić, ale wiem… nie, jestem pewna, że przede wszystkim zależy jej na tym, by Isaac był szczęśliwy i bezpieczny. To powinno być też twoim priorytetem.
Samik zacisnął zęby. Niechętnie pokiwał głową, choć wydawało się, że nadal coś go dręczy.
− Wiem – mruknął w końcu. – Dla mnie też Isaac jest najważniejszy, ale… − przełknął głośno ślinę. – Mam wrażenie, że Danielle nie mówi nam wszystkiego.

***

Przeskakując po dwa schodki na raz, Joyce dosłownie czuła, jak rozpiera ją energia. Wyzdrowiała już prawie całkowicie, temperatura zniknęła, osłabienie też, został tylko katar, a to oznaczało, że kobieta znów odzyskała chęci do życia. A swoje działanie oczywiście musiała zacząć od wizyty u brata.
W końcu stanęła przed odpowiednimi drzwiami i z nacisnęła dzwonek, niecierpliwie przestępując z jednej nogi na drugą. Powoli policzyła do dziesięciu, a gdy nic się nie wydarzyło, zadzwoniła jeszcze raz.
− Już idę! – Rozległo się ze środka, a sekundę później w progu stanęła Stephanie. – Ah, to ty. – Zmierzyła Jocelyne zaskoczonym spojrzeniem.
− Tak, to ja – przytaknęła, cały czas uśmiechając się szeroko. – Wpadłam zobaczyć, co u was.
Kobieta westchnęła głęboko, a potem odsunęła się na bok, ruchem ręki zapraszając szwagierkę do środka.
− Nie odzywałaś się ostatnio – zauważyła, gdy Joyce usiadła na krześle w kuchni, a ona sama zabrała się za przygotowanie czegoś do picia. – Nie pojawiłaś się wczoraj na meczu, nie zadzwoniłaś…
− Trochę się pochorowała. – Z ulgą przyjęła zapach kawy. – To nic poważnego, ale musiałam swoje odchorować. Tylko zdziwił mnie fakt, że Stephana to nie zaniepokoiło.   – Uniosła ze zdziwieniem brwi. – A w ogóle, gdzie on teraz jest?
Stephanie uśmiechnęła się smutno. Usiadła na drugim krześle, wręczając Jocelyne kubek z gorącym napojem. Przez chwilę pustym wzrokiem wpatrywała się w blat stołu, by w końcu powoli podnieść głowę.
− Załatwia jedną sprawę w urzędzie. Wcześniej… Mieliśmy sporo spraw na głowie.
− Danielle pojawiła się dopiero wczoraj.
− Wiem. Nie chodziło mi o nią.
Joyce zmarszczyła czoło. Już chciała o coś zapytać, jednak w tej chwili kątem oka dostrzegła leżące na krawędzi stołu zdjęcie. Przysunęła je zaciekawiona, a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech, gdy zobaczyła swojego brata sprzed dwudziestu lat, obejmującego swoją ciężarną przyszłą żonę.
− Myślałam, że zniszczyliście wszystkie zdjęcia z tamtego okresu.
− Ta… − Stephanie nerwowo podrapała nadgarstek. – Wiele się zdarzyło przez te kilka dni i wydaje mi się… wydaje mi się, że powinnaś o tym wiedzieć.
Westchnęła głęboko, przetarła dłonią zmęczoną twarz i dopiero wtedy zaczęła mówić. Z każdym jej słowem, oczy Joyce robiły się coraz większe, a szczęka lądowała coraz niżej. Niedowierzała w to, co słyszy, nie wierzyła, że komuś mogłoby się przytrafić coś tak strasznego.
− Czyli Nicolas żyje, tak? – dopytała drżącym głosem Jocelyne, gdy Stephanie skończyła mówić.
Powoli pokiwała głową. Choć jej podbródek drżał niebezpiecznie, to usta układały się w nieśmiałym uśmiechu.
− To strasznie dziwne, ale tak, żyje. Ja i Stephane… nadal trochę niedowierzamy, że to się dzieje naprawdę, ale… Joyce, nasz syn żyje! Czy to nie wspaniałe?! – zaśmiała się histerycznie. – Na początku trochę mnie to przerażało, ale teraz? Jestem taka szczęśliwa. – Odchyliła się na krześle, dosłownie promieniejąc szczęściem.
Joyce uśmiechnęła się szeroko. Dawno nie widziała bratowej tak rozweselonej. Ostatnie wydarzenia naprawdę obciążały jej psychikę. Teraz, choć nadal wydawało się, że nie sypiała najlepiej, to jednak wyglądała na szczęśliwą.
− To niesamowite – stwierdziła po namyśle młodsza Francuzka. – Będzie wam trudno, ale na pewno sobie poradzicie. Bo jak nie wy to kto?
Zaśmiały się wspólnie. Zaraz jednak Stephanie odchyliła się na krześle i zmierzyła Joyce podejrzliwym spojrzeniem.
− Więc mówisz, że chorowałaś, tak?
− Zwykła grypa, nic specjalnego – Była stewardessa jedynie wzruszyła ramionami, zupełnie nie przeczuwając podstępu.
− Grypa? A więc odwiedziłaś lekarza, tak?
− Nie, lekarka przyszła do mnie, byłam mocno osłabiona, więc Andrzej wszystko załatwił i… −  Zamarła, gdy nagle dotarło do niej, co powiedziała. Jęknęła cicho, chowając twarz w dłoniach i psychicznie przygotowując się na przesłuchanie. Doskonale wiedziała, że go nie uniknie.
− Andrzej? Andrzej Wrona? – Stephanie nie mogła odpuścić.
− Ta… dokładnie on – przyznała niechętnie Joyce. – My… Kumplujemy się. Stwierdził, że jestem nieodpowiedzialna i sam wszystko załatwił. Najpierw ogarnął lekarza, a potem ganiał po aptekach, szukając leków z recepty. I jeszcze pilnuje bym wszystkie zażywała. – dodała, siląc się by zabrzmiało to zabawnie.
Jednak Stephanie nie dała się zwieść. Skrzyżowała ręce na piersi, posyłając Jocelyne kpiące spojrzenie.
− To nie brzmi tak, jakbyście się tylko kumplowali – zauważyła. – Łączy was coś więcej, prawda?
− Niby skąd taki wniosek? – Joyce próbowała się jeszcze nieudolnie bronić.
− Bo za każdym razem, gdy o nim wspominam, ty rumienisz się jak nastolatka.
Przeklęła w myślach. Jak w ogóle mogłaby przypuszczać, że cokolwiek ukryje przed Stephanie. W końcu co jak co, ale kobieta miała wystarczająco dużo czasu, by dokładnie poznać ludzi..
− To nie tak..
− Joyce, proszę nie mąć mi tutaj. – Z irytacją przewróciła oczami. – Sypiasz z nim, czy nie?
To totalnie zbiło Jocelyne z tropu. Nie spodziewała się aż tak bezpośredniego pytania, ale teraz, kiedy już padło, sama nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Zaciskała palce na krawędzi blatu, nerwowo przebierając palcami.
− Jeśli nie chcesz, to nie opowiadaj – zaznaczyła szybko Stephanie.
Joyce westchnęła głęboko. Rozglądnęła się wokół, sprawdzając, czy nikt przypadkiem nie podsłuchuje, a potem bezradnie rozłożyła ręce.
− Tak jakoś wyszło. Ale nie powiesz Stephanowi, prawda? Bo on jest gotów urwać Andrzejowi łeb.
Na twarzy drugiej kobiety pojawił się triumfalny uśmiech. Nie musiała nic mówić, by Jocelyne wiedziała,  że domyśliła się tego wcześniej.
− Przyznam, że jestem trochę zaskoczona – powiedziała za to, zupełnie ignorując drugie pytanie.– Znacie się niespełna dwa miesiące. Sprawy naprawdę szybko się potoczył.
− Wiem – westchnęła Jocelyne. – Sama… sama nie mam pojęcia ja to się stało. Na początku tylko ze sobą rozmawialiśmy, dobrze się dogadywaliśmy i w ogóle…  Przyjechałam do Warszawy, by zacząć od nowa, a to wiąże się też z znalezieniem nowych przyjaciół, co nie? I tak to na początku odbierałam, a potem BAH! Któregoś wieczoru lądujemy w łóżku i uprawiamy namiętny seks. Tak nie wygląda przyjaźń, prawda? – posłała bratowej lekko zrozpaczone spojrzenie.
− Trzeba by było sprawdzić w encyklopedii – prychnęła Stephanie.
W odpowiedzi Joyce jedynie jęknęła cicho. Znów schowała twarz w dłoniach.
− Ja już naprawdę nie wiem, co o tym myśleć – przyznała niechętnie. – To jest tak totalnie szalone…
Druga kobieta jedynie parsknęła śmiechem.
− Nie żebyśmy urządzały konkurs, ale ja niedawno dowiedziałam się, że mój zmarły syn jednak żyje, plus jestem w ciąży z bliźniakami, mając czterdzieści jeden lat na karku. I co tu jest szalone.
Jocelyne uniosła głowę i z irytacją przewróciła oczami.
− Nie możesz mi po prostu doradzić? – zapytała.
− Zastanów się, co czujesz. – Stephanie uśmiechnęła się nieznacznie. – Plany i założenia to jedno, ale co z nich wynika… Trzeba umieć je modyfikować. – Znacząco postukała palcem w swoje stare zdjęcie.
Joyce westchnęła głęboko. Przez chwilę myślała intensywnie, zaciskając palce na kubku z kawą. W końcu jednak podniosła wzrok i posłała bratowej nieśmiały uśmiech.
− Wiesz, tak właśnie zrobię – stwierdziła krzyżując ręce na piersi. – Zastanowię się na swoimi uczuciami, a potem albo to zakończę, albo – przełknęła głośno ślinę. – Albo zacznę traktować poważnie.



W ten wakacyjny poranek z przyjemnością przedstawiam kolejny rozdział. Strasznie ciekawi mnie wasza opinia na jego temat, bo przyznam szczerze, że w ogóle nie miałam wyobrażenia, jak będzie wyglądał. Szczególnie rozmowa Danielle z Isaacem była dla mnie cokolwiek trudna. 
Ale i tam mam nadzieję, że rozdział się podobał. Z niecierpliwością czekam na wasze komentarze i z góry za wszystkie dziękuję. 
Pozdrawiam
Violin

poniedziałek, 16 lipca 2018

Rozdział 23


Mimo bardzo dziwnych wydarzeń po meczu, Stephane wrócił do mieszkania w całkiem dobrym humorze. Po pierwsze – wygrali, a to zawsze był powód do radości, a po drugie wyglądało na to, że Nico szybko nawiązał dobry kontakt z Timotiem. Różnica wieku równa prawie osiem lat nie miała w tym wypadku żadnego znaczenia. Przegadali prawie cały mecz, co pewien czas wybuchając gromkim śmiechem. Jakby znali się od zawsze. Jakby się razem wychowywali.
Z Manoline było trochę gorzej. Dziewczynka podchodziła z dystansem do nowego starszego brata. Owszem, odpowiadała na jego pytania, ale były to odpowiedzi zdawkowe i powściągliwe. Całe pięć setów przesiedziała wtulona w ramię mamy, jedynie co pewien czas spode łba spoglądając na Nicolasa.
Stephane westchnął cicho, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Obiecał sobie, że jak tylko wrócą, to na spokojnie porozmawia z córką, ale teraz stał przed jej pokojem i dosłownie zżerały go nerwy.
− Weź się w garść – skarcił samego siebie. – Co takiego niby może się stać? Zje cię, czy co? – prychnął, a potem pewnie nacisnął klamkę. – Manoline? − Powoli wszedł do pokoju dziewczynki.  
Pomieszczenie nie było specjalnie większe od sypialni Isaaca. Mieściło się tu tylko kilka mebelków, ale za to było bardzo przytulnie. Na podłodze leżał puchaty, bladoróżowy dywan, osobiście wybierany przez lokatorkę, a na ścianach wisiały jej prace. Sama Manoline siedziała przy wepchniętym pod okno biurku i rysowała coś wzięcie.
− Zaraz kończę, tato – powiedziała, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od kartki. – Jeszcze dziesięć minut i idę spać, obiecuję.
Parsknął śmiechem. Usiadł na łóżku obok, oparł się plecami o ścianę i wziął głęboki oddech.
− Chciałbym z tobą porozmawiać.
Many zamarła z kredką nad kartką. Powoli obróciła głowę i zmierzyła trenera uważnym spojrzeniem.
− Chodzi o Nicolasa, prawda?
Zamrugał szybko. Nie spodziewał się tak szybkiego przejścia do sedna sprawy.
− Skąd wiedziałaś?
− To było oczywiste, tato. Widać, że się denerwujesz, więc chodzi o coś poważnego. A jedyną poważną sprawą, której jeszcze nie odhaczyliśmy jest Nico. Nie trudno się domyślić, o co chodzi. − Przewróciła oczami, jednocześnie krzyżując ręce na piersi.
Mimowolnie parsknął śmiechem. Czasami naprawdę zapominał, że jego dzieci nie są już takie małe i rozumieją o wiele więcej, niż mu się wydaje.
− Tak, chciałbym porozmawiać o Nicolasie – potwierdził. – Trochę… nie, bardziej niż trochę martwi mnie to, że niezbyt pozytywnie zareagowałaś na jego pojawienie się. Wiem, że to duża zmiana i na pewno jest to trudne, i przewidzieliśmy z mamą, że na początku będzie wam ciężko, szczególnie, że dodatkowo mają się pojawić bliźniaki, i…
− Tato. Przestań. – Dziewczynka gwałtownie przerwała potok słów ojca.
Posłusznie zamilkł. Zacisnął, a potem rozluźnił pięści, by znów nie zacząć paplać bez sensu. Doskonale wiedział, że to do niczego nie prowadzi.
− Po prostu się boję – powiedział w końcu. – Jesteś w końcu moją małą córeczką. Chcę cię chronić.  
− Ale ja tylko muszę sobie wszystko poukładać. – Manoline wstała z krzesła, by usiąść obok Stephana. – Zamiast jednego starszego brata, nagle mam dwóch. I heloł, nie jestem już małym dzieckiem, wiem, że to jest dziwne. – Opadła na poduszki. Przez chwilę milczała, myśląc nad czymś intensywnie. W końcu jednak skrzyżowała nogi, oparła ręce na kolanach, a potem z zaciekawieniem spojrzała na tatę. – Naprawdę nie wiedzieliście, że on żyje? – zapytała. Jej głos był czysty, nie słychać w nim było żadnych negatywnych emocji.
− Nie mieliśmy pojęcia. Brzmi jak historia z jakiegoś filmu, co nie?
Dziewczynka parsknęła śmiechem. W zamyśleniu przygryzła wargę, jednocześnie skubiąc róg kołdry.
− Jeśli okaże się, że Nicolas ma super moce, to uwierzę we wszystko.
Tym razem i Stephanie nie mógł się nie zaśmiać. Zaraz jednak zmarkotniał. Mimo że Many żartowała nieudolnie, to on nadal widział napięcie na jej twarzy. Była w końcu jego córką.
− A teraz już całkowicie szczerze – zarządził. – Powiedz, co ci leży na sercu?
Nie odpowiedziała od razu. Spuściła wzrok, dłonie zaciskają na skrzyżowanych stopach. Przez chwilę wpatrywała się w podłogę, by w końcu odpowiedzieć niechętnie:
− Będę środkowym dzieckiem – mruknęła niechętnie. – Dosłownie. Dwoje starszych, dwoje młodszy. Nicolas dopiero się odnalazł, a bliźniaki będą malutkie. Małe dzieci potrzebują dużo uwagi, prawda? I gdyby chodziło tylko o nie, to nie byłoby tak źle. Zawsze chciałam się sprawdzić jako starsza siostra, ale skoro pojawił się Nico… − urwała, znów zagryzając wargę.
Nie musiała kończyć. Stephane przeklną w myślach, doskonale wiedząc, o co chodziło córce. Tego właśnie obawiał się najbardziej, o tym mówiła Stephanie. Wiedział jednak, że nie będzie w stanie załatwić wszystkiego w trakcie jednej rozmowy. Zarazem przed nim, jak i przed jego żoną stanęło poważne wyzwanie, które miało sprawdzić ich jako rodziców.
To wiedział. Ale czy nie mógł zacząć już teraz? Przecież wszystko zaczyna się od słów.
Wziął głęboki oddech, policzył do dziesięciu, by uspokoić myśli.
− Nie będę kłamać, najbliższe kilka miesięcy może być trudnych. Szczególnie, że na początku maja wracam do Kanady. Mamy mało czasu żeby wszystko sobie ułożyć. – Mówił bardzo powoli, uważnie dobierając słowa. – I jak najbardziej masz prawo czuć się skrzywdzona, przerażona i w ogóle mieć wrażenie, że wszystko wymknęło się spod kontroli…
− Bo się wymknęło, tato – prychnęła Manoline. – Założę się, że w innych rodzinach nie dzieją się takie dziwne rzeczy.
− Ale obiecuję, że ja i mama postaramy się nad tym zapanować. – Stephane zupełnie zignorował stwierdzenie córki.
Spojrzała na niego z powątpieniem. Może miała niecałe dziesięć lat, może i była tylko dzieckiem, ale wiele rozumiała.
− Bo to nie jest tak, że ja się w ogóle nie cieszę! – wybuchnęła nagle, odwracając się przodem do ojca. – Będę miała rodzeństwo! Przestanę być najmłodsza, a to oznacza, że nie będziecie już na mnie patrzeć jak na małe dziecko.
− Wcale tak na ciebie nie patrzymy – próbował protestować mężczyzna.
− Tato…
− Nie moja wina, że zawsze będziesz moją małą dziewczynką. – Rozłożył bezradnie ręce.
− Do tego jest szansa, że będę miała siostrę – kontynuowała. – I przeprowadzamy się do większego domu i w ogóle… to naprawdę super – stwierdziła, uśmiechając się nieznacznie. – Tylko że… po prostu się boję – wyszeptała, podkulając nogi pod brodę i znów pusty wzrok wlepiając w podłogę. 
Zacisnął usta w wąską kreskę. Ostrożnie przytulił córkę, tak jak to robił za każdym razem, gdy budziła się z płaczem, gdy coś sobie zrobiła, gdy czegoś się przestraszyła. W końcu nie mógł pozwolić by jego maleństwu coś się stało.
− Nie bój się, skarbie – szepnął. – Pamiętaj, że cokolwiek by się nie stało zawsze będziesz moją małą córeczką. – Czule pocałował dziewczynkę w czoło.

***

− Mamo, sprawdź zęby!
Isaac wypadł z łazienki, podbiegł do siedzącej w fotelu Danielle i wyszczerzył się szeroko.
Kobieta niechętnie oderwała wzrok od swoich notatek. Zmierzyła syna uważnym spojrzeniem. Chłopiec miał na sobie prowizoryczną pidżamę zrobioną z bluzki rodzicielki, a hotelowe kapcie zsuwały się z chudych stóp.
− Obróć głowę w prawo – poprosiła. Isaac posłusznie wykonał polecenie. – Teraz w lewo. Otwórz szeroko buzię.
− Aaaa!
− Chyba jest okej. – Pokiwała z aprobatą głową.
Młody uśmiechnął się szeroko. Chwycił leżący na szafce pilot, rzucił się na łóżko i włączył telewizor.
− Nie mają Animal Planet – jęknął, z irytacją przerzucając kanały. – Discovery Channel też nie! To skandal!
Danny mimowolnie parsknęła śmiechem. Odłożyła na bok papiery, a potem wstała z fotela, przeciągając się leniwie.
− Przesuń się – rzuciła do Isaaca. Gdy ten przysunął się bliżej ściany, położyła się obok i podsunęła sobie poduszkę pod głowę. – Jedna dla mnie, druga dla ciebie. – Podała drugą poduszkę synowi – I może podniesiesz kołdrę z ziemi? Bo inaczej będzie nam zimno.
Chłopiec przewrócił oczami, ale położył się na brzuchu, wychylił za krawędź łóżka i wciągnął kołdrę z powrotem.
− Mogę dzisiaj spać z mamą? – W jego oczach pojawiło się podekscytowanie.
− Nie wiem czy zauważyłeś, ale łóżko jest tylko jedno, więc chyba nie masz wyboru – zaśmiała się.
Prawie podskoczył z radości. Szybko wyłączył telewizor, sięgnął do wyłączników na ścianie, zgasił światło, a potem wtulił się w mamę. Ona za to objęła go opiekuńczo ramieniem i delikatnie cmoknęła w czoło.
− Naprawdę się za mamą stęskniłem – wyszeptał po raz kolejny tego dnia Isaac. – Dlaczego nie dzwoniłaś?
Westchnęła cicho. Jej oczy powoli przyzwyczajały się do mroku. W ciemności dostrzegła zarys twarzy syna.
− Miałam problem z dostępem do sprzętu – wyjaśniła na spokojnie. – Mamy dwudziesty pierwszy wiek, ale nie wszędzie w Himalajach jest zasięg.
− I nie chciałaś rozmawiać z wujkiem Stephanem, prawda? – wypalił niespodziewanie.  
Zamrugała szybko. Zaraz jednak uśmiechnęła się z dumą. Zawsze wiedziała, że z Isaaca jest bystry dzieciak.
− To też – przyznała. – Przed wyjazdem miałam mało czasu by wszystko zorganizować, ale teraz mam dla ciebie mały prezent – dodała tajemniczo. – Ale dostaniesz go dopiero za kilka dni – zaznaczyła, słysząc, jak chłopiec zaczyna kręcić się z podekscytowanie.
Nie nalegał, zresztą nigdy tego nie robił. Zamiast tego zapytał:
− Porozmawiasz z wujkiem, mamo? Bo pewnie jest na ciebie zły, że tak się nagle pojawiłaś i niczego nie wyjaśniłaś.
Zacisnęła usta w wąską kreskę. Oczywiście, że Stephanie był zły. W końcu to Stephane.
− Będę musiała. W końcu dobrze się tobą zajął, prawda?
− Z mamą i tak jest lepiej. – Jeszcze mocniej się do niej przytulił.
Uśmiechnęła się smutno. Nie była pewna, czy w obecnej sytuacji na pewno cieszyła ją ta odpowiedź.
− Chodźmy już spać – zmieniła temat. – Jutro czeka nas intensywny dzień.
Isaac niechętnie kiwnął głową. Podciągnął kołdrę pod samą brodę, zacisnął palce na jej krawędzi i zamknął oczy.
− Kocham cię, mamo – wyszeptał jeszcze.
− Ja też cię kocham – zapewniła, całując go w czubek głowy. – Cokolwiek by ci nie mówili, pamiętaj, że ja też cię kocham, synku.

***

Andrzej zagwizdał cicho, a Lambo momentalnie oderwał się od obwąchiwanych krzaków. Spojrzał z dezaprobatą na pana, szczeknął z wyrzutem i niechętnie powlókł się za siatkarzem. Ostatnimi czasy dość często przemierzali razem tę drogę, ale mężczyzna nigdy nie pozwalała psiakowi dokładnie zbadać terenu. Co to w ogóle miało być?
− Pobawimy się później – obiecał Wrona, otwierając drzwi do jednego z bloków. – Ale najpierw sprawdzimy, co u Joyce. – Uśmiechnął się szeroko.
Lambo nie mógł protestować. Zresztą lubił Joyce. Dobrze drapała za uchem i miała wygodną kanapę.
Andrzej podzielał zdanie swojego pupila, choć od kanapy zdecydowanie wolała łózko kobiety. Przeskakując po dwa schodki na raz, wspiął się na trzecie piętro i niecierpliwie nacisnął dzwonek do drzwi.
− Raz, dwa, trzy…
− To znowu ty?
Nie zdążył doliczyć do pięciu, a w progu stanęła rudowłosa Francuzka. Ubrana w cieplutki dres, nonszalancko oparła się o framugę i zmierzyła gościa rozbawionym spojrzeniem.
− To znowu ja. – Wyszczerzył się głupkowato. – Przyniosłem ciastka i psa. Może być?
Mimowolnie parsknęła śmiechem.
− Wchodźcie.
Posłusznie wykonali polecenie. Lambo od razu skierował swoje małe, tłuste cielsko w kierunku kanapy, za to Andrzej udał się do połączonej z salonem kuchni, by rozpakować przyniesione zakupy.
− Jak się czujesz? – zapytał, chowając do lodówki zapas cytryn.
− Całkiem nieźle – wzruszyła ramionami Joyce. – A na pewno lepiej niż wczoraj. – Uśmiechnęła się delikatnie.
Przyjrzał jej się uważnie. Nadal była lekko blada i co chwile pociągała nosem, ale w jej oczach znów pojawił się zadziorny błysk. Trzymała się też jakby prościej, a sądząc po talerzach w zlewie, miała wystarczająco dużo energii, by wstać z łózka i zrobić sobie coś do zjedzenia.
− Ale nie ryzykowałam przyjścia na mecz – dodała. – Nie chciałam nikogo zarazić.
Ze zrozumieniem pokiwał głową. Oczywiście nie miał jej za złe, że się nie pojawiła. W końcu jeszcze dzień wcześniej walczyła z temperaturą.
− To chyba nawet lepiej. Jeszcze byś się niepotrzebnie zdenerwował rodzinnymi problemami.
− Rodzinnymi problemami? – Zmarszczyła ze zdziwieniem brwi. – A co to ma wspólnego z meczem?
Przeklną w myślach samego siebie. Od czasu do czasu naprawdę powinien ugryźć się w język. Tak dla swojego  własnego dobra.
− W hali pojawiła się twoja siostra – wyjaśnił niechętnie. – I chyba pokłóciła się o coś z Samikiem. Przynajmniej tak to wyglądało.
Jocelyne zamrugała gwałtownie, nie bardzo dowierzając w to, co słyszy.
− Serio? Danielle jest w Warszawie?
− Na to wygląda. Ale żadnych więcej szczegółów nie znam. – Andrzej rozłożył bezradnie ręce.
Z irytacją przewróciła oczami. Oparła się o blat i wzięła kilka głębokich wdechów.
− I nikomu o tym nie powiedziała, cała Danny. – Pokręciła z dezaprobatą głową. – Mam nadzieję, że chociaż przez te kilka dni zajmie się własnym dzieckiem – prychnęła.
Wrona nie bardzo wiedział, co powiedzieć. Nie chciał się wtrącać w rodzinne niesnaski kobiety, więc po prostu szybko wypakował pozostałe zakupy, a gdy skończył, odruchowo chciał zająć się naczyniami w zlewie.
− Daj spokój. – Joyce stanowczo chwyciła nadgarstek siatkarza. – Przecież zajmę się tym później.
Niechętnie ustąpił. Zamiast tego uśmiechnął się chytrze, a potem zaciągnął Francuzkę do salonu po drodze zgarniając paczkę ciasteczek. Jocelyne usiadła obok Lambo na kanapie i zaczęła drapać go po łebku, za to Andrzej położył się na dywanie i z głową podpartą na ramionach, śledził nieznacznie ruchy kobiety.
− Byłabyś dobrą matką – stwierdził niespodziewanie.
Zamarła. Zaskoczona spojrzała na siatkarza.
− I wywnioskowałeś to z tego, że twój pies mnie lubi, tak? – dopytała rozbawiona.
− To też – potwierdził niechętnie. – Ale przede wszystkim widzę jak się o wszystkich martwisz. O Isaaca, o Stephanie, o Timiego i Manoline, o bliźniaki, które się przecież jeszcze nawet nie urodziły. Masz w sobie naprawdę olbrzymie pokłady miłości.
Zarumieniła się gwałtownie. Odchrząknęła nerwowo, a potem wróciła do głaskania Lambo.
− Z ciebie też byłby dobry ojciec – powiedziała, nie odrywając uwagi od psiaka.
− Jak to? – Teraz to Andrzej zbaraniał.
− Normalnie. – Wzruszyła ramionami. – Poczytałam trochę i odkryłam, że jesteś całkiem aktywny wolontariuszem na oddziałach onkologicznych dla dzieci. A z wywiadów wynika, że cię lubię.
Odruchowo uśmiechnął się pod nosem. Tak, ta część jego życia była naprawdę dla niego ważna. Choć bywały bardzo ciężkie chwilę, choć niektórzy sądzili, że pomaga tylko dla rozgłosu, to jednak przebywanie wśród małych pacjentów naprawdę wiele dawało zarazem dzieciom, jak i jemu.
− Dobrze się czuję w towarzystwie dzieciaków – powiedział takim tonem, jakby to było coś najnormalniejszego na świecie. – Zupełnie małych i tych starszych. Lubię się z nimi bawić, opiekować, lubię gdy są szczęśliwe. Czy to jest dziwne?  
− Oczywiście, że nie! – zaśmiała się serdecznie, zaczesując włosy do tyłu. – Choć coś czuję, że po prostu masz w sobie niezaspokojone pokłady instynktu rodzicielskiego. – Znacząco postukała palcem w czubek głowy mężczyzny.
Spojrzał na Jocelyne i uśmiechnął się pod nosem. Musiał przyznać jej racje. Już chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili zawahał się. Po namyśle, po prostu podparł się na rękach, chwycił nadgarstki kobiety i delikatnie ściągnął ją na podłogę tak, by teraz leżała obok niego.
Zachichotała. Pochylił się nad nią, a ona jak gdyby nigdy nic, zadarła głowę i pocałowała środkowego.
− Czyli marzy ci się własne maleństwo, tak? – Gdy na sekundę oderwali się od siebie. – Drewniana kołyska, nocny płacz i pierwsze kroki. – Zmierzyła go rozbawionym spojrzeniem.
Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego przyciągnął Jocelyne i znów pocałował, wplatając dłonie w jej włosy.
− To jedno z moich największych marzeń – szepnął w końcu do siebie, tak cicho, że był pewien, że nikt go nie usłyszał.
Nie miał jednak pojęcia, że gdy Joyce usłyszała to wyznanie, coś w jej sercu drgnęło.

***

− Naprawdę nie musiałaś ze mną iść. – Guillaume nerwowo kopnął kamyk, kątem oka spoglądając na idącą obok Natalii.
− Ale chciałam. – Kobieta z zaciętą miną wjechała wózkiem  na chodnik. – I wiem, że mimo wszystko tyteż chcesz mieć kogoś odwodzie. Na wszelki wypadek, jakby coś się stało. Oczywiście porozmawiasz z Danielle sam. Ja pokręcę się tu i tam. Pójdziemy z Justin na babskie zakupy, co nie? – Pochyliła się nad córką, a tak zachichotała wesoło, jakby doskonale wiedziała, o czym mama mówi.
Samik zacisnął zęby, wiedząc, że dalsza dyskusja i tak do niczego nie doprowadzi. Jeśli Nat się na coś uparła, to po prostu to robiła. Szczególnie jeśli dotyczyło to osób, które kochała.
Doszli pod hotel, w którym mieszkała Danielle. Francuzka już na nich czekała. Stała przed wejściem z tą samą chłodną miną co zawsze, a obok niej znudzony Isaac bawił się świecącym jo-jo.
Samik przeklną w myślach. Przecież kobieta nic nie wspominała o tym, że chłopiec będzie obecny przy ich rozmowie.
− Cieszę się, że przyszliście. Obydwoje. – Danny posłała Natalii coś, co o dziwo można było uznać za całkiem miły uśmiech. – Choć oczywiście chciałabym rozmawiać tylko z tobą Guillaume.
− Wiem. – Odruchowo przytaknęła Nat. – Ale pomyślałam, że… że może nie masz z kim zostawić młodego – wymyśliła na szybko, odruchowo mocniej zaciskając dłonie na rączce od wózka.
Danielle zmrużyła podejrzliwie oczy, ale po chwili na jej twarzy pojawiło się coś na kształt aprobaty.
− Masz racje, nie pomyślałam o tym. Isaac – Położyła dłoń na głowie syna, a on na chwilę oderwał się od zabawy. – Potrzebuje przez pół godziny porozmawiać o czymś ważnym. Zostałbyś na chwilę z Natalii i… − Zerknęła na wózek. – I Justin, tak?
Natalii znów mimowolnie pokiwała głową.
− Okej. – Chłopiec tylko wzruszył ramionami. – Ale za pół godziny mama wróci, tak? – Na chwilę oderwał się od zabawki.
− Wrócę – Znów się uśmiechnęła, a Samica przez ułamek sekundy miał wrażenie, że z jej postawy zniknął typowy chłód.
Ale zaraz powrócił do rzeczywistości. Danny wstała, obdarzył mężczyznę zimnym spojrzeniem, a potem niby zachęcająco wyciągnęła rękę.
− W takim razie chodźmy.
Przełknął nerwowo ślinę. Zerknął na narzeczoną, a ta pokrzepiająco kiwnęła głową. Wiedziała, że to jedyna szansa by wszystko z powrotem poukładali.
Wziął głęboki oddech, a potem pewnym krokiem ruszył za Francuzką.
Przez pierwsze pięć minut po prostu szli przed siebie w zupełnym milczeniu. Guillaume nie miał pojęcia, jak mógłby zacząć tę rozmowę, za to Danielle wydawała się myśleć nad czymś intensywnie, jakby rozważała wszystkie za i przeciw zaistniałej sytuacji.
− Przejdźmy od razu do rzeczy – odezwała się w końcu takim samy chłodnym, pozbawionym emocji głosem jak ostatnio. – Proces uznania ojcostwa to dużo papierów i dokumentów, ale mam znajomego prawnika w Paryżu, pomoże. Wiele rzeczy załatwił mi już od ręki, jak się uda, to nawet nie będziesz musiał przyjeżdżać do Francji. Jeśli chodzi o prawa rodzicielskie, to będziemy musieli się dogadać, ale wydaje mi się, że…
− Zaraz, stop! – Zszokowany Samik gwałtownie przerwał monolog kobiety.
Skrzywiła się z irytacją.
− O co chodzi? – warknęła.
− Ty mówisz serio? Nie żartujesz sobie?
Prychnęła kpiąco. Oparła się o chropowatą ścianę kamienicy i zmierzyła siatkarza szyderczym spojrzenie.
− Czyżbyś nagle uznał, że jestem zdolna do żartów?
Zacisnął wściekle pięści. W myślach policzył do dziesięciu, by nie wybuchnąć gniewem.
− Wydawało mi się, że zareagujesz inaczej – mruknął. – Że będziesz chciała mi wmówić, że Isaac jednak nie jestem moim synem, albo nie pozwolisz nam na kontakt, będziesz go utrudniać czy coś.
Wzniosła oczy ku niebu, a jej usta poruszyły się w bezgłośnej modlitwie o cierpliwość.
− Ruszył byś od czasu do czasu móżdżkiem. – Uśmiechnęła się cynicznie. – Po co miałaby to robić?
− No nie wiem… Bo to by było w twoim stylu! – Wybuchnął.
Na kobiecie jego podniesiony głos nie zrobił żadnego wrażenia. Jedynie jakby bardziej zmrużyła oczy po czym kontynuowała spokojnie.
− W przeciwieństwie do ciebie, zdarza mi się myśleć. I nie mam ochoty marnować swojego czasu i pieniędzy na sądowe potyczki z tobą. Po pierwsze i tak bym wygrała, a po drugie na pewno nie wyszłoby to na dobre Isaacowi.
Tu Guillaume musiał przyznać Francuzce racje. Choć nadal nie rozumiał, dlaczego tak łatwo odpuściła.
− Czyli… pokojowo ustalimy jakiś logiczny kalendarz odwiedzin, tak? W wakacje i dłuższe weekendy bez problemu mogę brać go do siebie i…
− A kto powiedział, że dalej będzie mieszkał ze mną?
Teraz to totalnie zgłupiał. Wpatrywał się w Danielle, z szeroko otwartą buzią, zupełnie nie dowierzając w to, co słyszy.
− Zamknij buzię, bo wyglądasz idiotycznie – pouczyła go cierpkim głosem.
Odruchowo wykonała polecenie.
− Ale zaraz… że niby tak po prostu zgodzisz się by był ze mną? – Wydawało mu się, że czegoś nie rozumie.
Na widok jego ogłupiałej reakcji, Danny jedynie znów wykrzywiła usta w kpiącym uśmiechu.
− Isaac ma osiem lat. Może sam zdecydować.
To go jeszcze bardziej zaskoczyło. Przez chwilę zastanawiał się, czy kobieta przypadkiem sobie z niego nie kpi.
− Znaczy się teraz nagle o nim myślisz, tak? Ale nie wpadłaś wcześniej na to, że mógłby chcieć od urodzenia znać swojego ojca.
Coś drgnęło na twarzy kobiety. Przez ułamek sekundy Samik miał wrażenie, że dostrzegł w jej oczach autentyczny smutek. Nieznacznie potrząsnął głową, a wrażenie znikło. Szare tęczówki znów stały się lodowate.
− Zawsze mogę zmienić zdanie. – Skrzyżowała ręce na piersi.
Guillaume odetchnął głęboko. Miał wielką ochotę wygarnąć Danielle wszystko, co o niej myśli, ale doskonale wiedział, że to nie jest najlepszy moment. Musiał skupić się na Isaacu. On był najważniejszy. Siatkarz jeszcze raz uważnie przyjrzał się Danny. Wydawała się podchodzić do tego z nienaturalnym wręcz spokojem, a to sprawiało, że w głowie mężczyzny pojawiły się kolejne wątpliwości.
− Myślisz, że zdecyduje się zamieszkać z ojcem, którego tak naprawdę nie zna?
− Oczywiście, że nie – prychnęła kpiąco. – Ale do lipca zajmują się nim Stephane i Stephanie. Możesz uzgodnić z nimi, że na przykład przez najbliższy miesiąc będziesz brał Isaaca na weekend, a potem zamieszka u ciebie na stałe. Zresztą, skoro tak bardzo ci zależy, to sam coś wymyśl.
Mimowolnie kiwnął głową. Musiał przyznać, że to był dobry plan. Przede wszystkim Danielle dawała przyjmującemu wolną rękę. Będąc bliskim przyjacielem Stephana, miał pewność, że przez te kilka miesięcy nikt nie będzie mu utrudniał kontaktów z synem.
− I nie kryje się za tym żaden podstęp? – dopytał na wszelki wypadek. − Nie boisz się, że go wywiozę no nie wiem… do Argentyny?
− Znalazłabym cię w ciągu czterdziestu ośmiu godzin.
Podniósł głowę i pierwszy raz tego dnia naprawdę szczerze spojrzał Danny w oczy. Próbował dostrzec w nich jakieś oznaki kłamstwa, matactwa, przekrętu, czegokolwiek, co mogłoby wskazywać na to, że kobieta chce odciąć Samika od syna.
Ale jej spojrzenie było tak zimne, a głos tak zupełnie wyprany z emocji, jakby mówiła o jednym ze wzorów fizycznych.
− To chyba dobry plan − zgodził się w końcu, choć nadal podejrzliwie spoglądał na kobietę. – Pozostaje jeszcze kwestia tego, jak poinformujesz swojego syna, że jestem jego ojcem. – Teraz to on uśmiechnął się triumfalnie, pewien, że wytrąci Danny z równowagi.
Jednak Francuzka pozostała tak samo niewzruszona jak wcześniej.
− Powiem mu po prostu.
Zamrugał szybko, przekonany, że się przesłyszał. Ton głosu Danielle był tak spokojny, tak wyprany z emocji, jakby mówiła o przepisie na sałatkę. 
− Chciałbym przy tym być.
− Nie.
Wydało się, że tylko tyle ma do powiedzenie. Oparta o ścianę, z skrzyżowanymi na piersi ramionami, wpatrywała się w Samikę kąśliwym spojrzeniem.
− Powiem mu dzisiaj, a spotkacie się jutro. Tutaj, o tej samej porze.
Samik przełknął głośno ślinę. Zawahał się, czy dalej nie protestować, ale w końcu stwierdził, że to bez sensu. Mógłby tylko niepotrzebnie rozdrażnić Danny, a tak miał przynajmniej minimalną pewność, że zrobi to, co obiecała.
− Niech będzie. – Niechętnie pokiwał głową. – Czyli najpierw mówisz Isaacowi, że jestem jego tatą, a potem szczegóły ustalam z Stephanem? – Uśmiechnął się nieznacznie. To będzie zdecydowanie łatwiejsza rozmowa.
− Tak – przytaknęła spokojnie Danielle. – A w lipcu Isaac zdecyduje, co dalej.

***

Natalii śledziła wzrokiem Samika, aż do momentu, gdy on i Danielle nie zniknęli  za pobliskim zakrętem. Dopiero wtedy nerwowo zagryzła wargę, po czym lekko drżącym głosem zwróciła się do Isaaca.
− Chciałbyś robić coś konkretnego? – zapytała, starając się opanować naderwane nerwy.
Chłopiec jedynie wzruszył ramiona, nawet na chwilę nie odrywając wzroku od jo-jo.
Westchnęła cicho. Nie miała jakiegoś wielkiego doświadczenia w opiece nad dziećmi w tym wieku, ale nie przypuszczała, że to może być aż tak trudne.
− Może coś zjemy? Niedaleko mają całkiem niezłe zapiekanki.
Na twarzy Isaaca pojawił się cień uśmiechu.
− Mama robi najlepsze zapiekanki – mruknął.
Nat uznała to za zgodę. Odblokowała hamulec w wózku i zaczęła iść w kierunku dworca. Młody Antiga szybko podążył za nią, w locie chwytając swoją zabawkę.
Kobieta odetchnęła z ulgą, gdy okazało się, że budka, o której mówiła, nadal stoi, a nawet jest otwarta. Szybko zamówiła jedzenie dla siebie i młodego, a potem obydwoje usiedli przy chwiejnym plastikowym stoliku. Przez chwilę panowała niezręczna cisza, jednak w końcu Natalii stwierdziła, że warto by jednak porozmawiać.
− Pewnie nie jest tak dobra, jak zapiekanka twojej mamy, prawda? – zapytała, posyłając chłopcu najmilszy uśmiech na jaki było ją stać.
− Yhm. – Ośmiolatek z apetytem wgryzł się w ciepłą bułkę. – Mama zawsze robi zapiekanki, gdy coś uda jej się w pracy. Najpierw piecze je w piekarniku, a potem jemy je, grając w chińczyka. Ja zawsze wygrywam. – Uśmiechnął się triumfalnie, a Natalii mimowolnie parsknęła śmiechem.
− Brzmi ekstra. – Starła serwetką resztki ketchupu z ust. – Co jeszcze fajnego robicie?
Isaac wydął usta i w zamyśleniu podrapał się po brodzie.
− Jak jestem chory to mama robi makaron z serem. Najgenialniejszy pod słońcem. Bierze wolne, robi olbrzymią miskę makaronu i spędzamy cały dzień, leżąc w łóżku i oglądając National Geografic – opowiadał z entuzjazmem, a w jego oczach pobłyskiwały wesołe ogniki. Mówił tak beztrosko, tak radośnie, że Nat nie mogła uwierzyć, że mają na myśli tę samą osobę, tę samą zimną, uśmiechającą się kpiąco Danielle.
− Twoja mama musi być naprawdę fajna – stwierdziła, siląc się na uśmiech i poprawiając kocyk śpiącej Justin.
Chłopiec nie mógł odpowiedzieć, bo akurat przeżuwał, ale twierdząco pokiwał głową.
Zaraz jednak zmarkotniał. Wlepił pusty wzrok w dziurawy chodnik i zaczął smętnie wymachiwać nogami.
− Mama jest super – powiedział tak cicho, że Natalii ledwo go usłyszała. – Ale ludzie i tak jej nie lubią.
Kobietę zamurowało. Zdecydowanie nie spodziewała się takiego stwierdzenia. Przede wszystkim nigdy nie usłyszała czegoś podobnego. A już na pewno nie od ośmiolatka. Zamrugała cokolwiek zdezorientowana. Spojrzała w prawo, w lewo, jeszcze raz poprawiła koc córki i dopiero wtedy odważyła się coś powiedzieć.
− Dlaczego ludzie jej nie lubią? – zapytała ostrożnie.
− Nie wiem. – Isaac jedynie wzruszył ramionami. – Chyba… chyba nigdy jej nie lubili. Tak po prostu. Więc ona stwierdziła, że nie będzie lubić ich. I tak już zostało. – Bezwiednie zaczął kopać kamyk przed sobą.
Nat przyjrzała mu się uważnie. Może nie znała zbyt dobrze młodego Antigi, ale mogła spokojnie stwierdzić, że jest inteligentnym chłopcem. Jego opowieści nie brzmiały jak złudne marzenia niekochanego dziecka – były naprawdę szczere.
− Bardzo za nią tęskniłem. – Isaac podkulił nogi i objął kolana ramionami. – Nigdy nie zostawiała mnie na tak długo. Sama wyjeżdżała na maksymalnie kilka dni. Na dłuższe wyjazdy zawsze zabierała mnie ze sobą. Czasami nawet na miesiąc.
− A co ze szkołą? – Po raz kolejny tego dnia, Natalii nie mogła ukryć za skoczenia.
− Uczyłem się w domu – wyjaśnił takim tonem jakby to było najnormalniejsza rzecz pod słońcem. – Znaczy… mama mnie uczyła. Tak po prostu. Jeździłem z nią na różne konferencje i słuchałem wielu mądrych naukowców. Tych nie mądrych również, bo można było z nich pożartować.
Oboje parsknęli śmiechem. To był beztroski, wesoły śmiech. Był w końcu koniec marca, nadchodziła wiosna, a oni siedzieli sobie na plastikowych krzesełkach i jedli zapiekanki.
Dodatkowo teraz Isaac otworzył się jeszcze bardziej. Zaczął dosłownie sypać różnymi ciekawymi historyjkami z tych „poważnych konferencji, bardzo mądrych naukowców.” Opowiadał, jak to amusił pewnego doktora do oglądania programu o życiu żuków, albo jak przez przypadek zniszczył notatki jednego chińskiego profesora, bo uznał je za kolorowankę.
− Oczywiście profesor się bardzo wściekł i na mnie nawrzeszczał. Mama się z nim zgodziła, przytakiwała, nawet dała mi karę. Tylko, że w ramach tej kary miałem iść na wykład tego profesora, z specjalną słuchawką w uchu i zadawać dyktowane przez mamę pytania. Cała sala się zwijała ze śmiechu, gdy profesor wściekły schodził ze sceny, bo zagiął go sześciolatek. – Wyszczerzył się triumfalnie, a Natalii znów zaśmiała się głośno.
− I ludzie naprawdę nie lubią twojej mamy? – Szybko otarła z policzków łzy śmiechu.
− No nie lubią – burknął Isaac. – Wujek Stephane jej nie lubi, ciocia Stephanie też i ciocia Joyce, i nawet ten pan, ten, co teraz rozmawia z mamą, no…
− Chodzi i o Guillauma? – podpowiedziała mu Nat.
− Dokładnie! On też nie lubi mamy. – Chłopiec skrzyżował ręce na piersi, przybierając minę smutnego szczeniaczka. – Więc ona nie lubi ich – dodał.
Natalii westchnęła cicho. Gdy jeszcze raz spojrzała na Isaaca, coś ukuło ją w sercu. Był tylko dzieckiem. Małym chłopcem, dla którego mama była całym światem.
Przez chwilę biła się z własnymi myślami, ale w końcu pochyliła się nad stołem i delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu.
− Wiesz co – zaczęła, uśmiechając niepewnie. – Może jestem dziwna, ale… Ale ja chyba lubię twoją mamę. Tak… tak jak lubię ciebie.




Z wielką przyjemnością przedstawiam rozdział dwudziesty trzeci. Jest on najdłuższym rozdziałem jaki dotychczas pojawił się na blogu i na pewno jednym z trudniejszych jakie napisałam. Dlaczego? Ze względu na Danielle. Strasznie ciekawią mnie wasze opinie na jej temat, bo przyzna, że jest jedną z najtrudniejszych postaci, jakie miałam okazje skonstruować. Trochę nad nią myślałam, a na przykład scenkę w hotelu miałam napisaną już kilka miesięcy temu. Więc zastanawiam się, jak ją odebraliście.
Ode mnie to chyba tyle. Z góry dziękuję za wszystkie komentarze. 
Pozdrawiam
Violin
PS. Pojawili się także Joyce i Andrzej! W końcu chciałoby się rzec. Obiecuję, że oni też będą mieli swoje pięć minut, tylko no... na razie muszą nacieszyć się swoją sielanką. 
Netka Sidereum Graphics