niedziela, 16 września 2018

Rozdział 34


Nico zgrabnie ominął dziurę w chodniku, spojrzał w prawo, następnie w lewo, a potem raźnym krokiem przeszedł przez ulicę. Podszedł do niskiej, drewnianej furtki i przez chwilę z uwagą obserwował dom za płotem. Gdy w końcu ujrzał ruch w jednym z okien, uśmiechnął się szeroko i bez oporów wszedł do małego ogródka. W dwóch susach pokonał uroczy, drewniany ganek, by w końcu wyprostować się dumnie, wygładzić dłonią koszulę i grzecznie zapukać do drzwi.
− Już idę, przecież się nie pali! – Rozległo się ze środka.
Sekundę później drzwi otworzyły się na oścież i stanęła w nich kobieta potężna. Prawie tak szeroka, jak wysoka, ale o dobrotliwym spojrzeniu zielonych oczu i zarumienionych policzkach. Na widok Nicolasa, zapiszczała radośnie po czym porwała go w ramiona, przy okazji prawie łamiąc mu żebra.
− Nikuś, wróciłeś! Dlaczego nie powiedziałeś, że przyjeżdżasz? – fuknęła z wyrzutem.
− Przepraszam, Anette – wycharczał, nieudolnie próbując złapać oddech. – To wyszło bardzo spontanicznie. – Uśmiechnął się przepraszająco.
Anette mruknęła coś jeszcze pod nosem po czym niechętnie puściła Nika. Poprawiła upięte w wysoki kok, grube ciemne włosy, wygładziła kuchenny fartuszek i na wszelki wypadek zdzieliła młodzieńca ścierką.
− Frédérick jest jeszcze w warsztacie, pewnie wróci wieczorem. – Ruchem ręki zaprosiła Nicolasa do środka. – Właśnie piekłam ciasto. Czekoladowe, twoje ulubione. Mam nadzieję, że się załapiesz, choć biorąc pod uwagę głodomory, które teraz mieszkają w tym domu to może być ciężko – zaśmiała się, przechodząc do kuchni.
Nico mimowolnie parsknął śmiechem. Powiedzieć, że lubił Anette, to nic nie powiedzieć. Ona i jej mąż Fréd od wielu lat tworzyli profesjonalną rodzinę zastępczą. Przez ich domu trafiały dzieci różne, niektóre zupełnie bez bliskiej osoby, czekające na adopcje i takie, których biologiczni opiekunowie jedynie potrzebowali czasu, by ogarnąć swoje życie. Niektóre przybywały tylko na kilka tygodni, inne spędzały u małżeństwa kilka lat. Niezależnie od długości pobyty, czy wieku, dom zawsze opuszczały dobrze odżywione, wytulone i po prostu szczęśliwe.
Nicolas trafił tutaj dwa dni przed swoimi szesnastymi urodzinami. U poprzednich opiekunów zrobił małą rozróbę, posmarował kilka ścian, wdał się w bójkę i w końcu spisała go policja. Opieka społeczna zdecydowała się po raz kolejny przenieść chłopaka, tym razem do ludzi z doświadczeniem jeśli chodzi o opiekę nad trudną młodzieżą.
I to był strzał w dziesiątkę. W nowym domu Nicolas uspokoił się, przestał na wszystkich warczeć. Pomagając Frédérickowi w warsztacie samochodowym znów czuł się potrzebny, a także odkrył nowe hobby. Gdy za to siadał w kuchni z Anette, mógł spokojnie wyrzucić z siebie wszystkie zmartwienia i troski. W końcu miał wrażenie, że ktoś go słucha.
Tym razem jednak nie poszedł od razu do kuchni, tylko zatrzymał się w przedpokoju. Stanął przy jednej ścianie, by móc objąć wzrokiem drugą. Na wysokości jego oczu wisiało ponad dwadzieścia fotografii, wszystkie starannie oprawione, z wyczyszczonymi szybkami. Najstarsze, pstrokate i gorszej jakości, wisiały najbliżej schodów. Te nowsze bliżej drzwi. Każde, co do jednego, przedstawiało dziecko. Różne dzieci, w różnym wieku, różnej płci i o różnym kolorze skóry. Wszystkie uśmiechały się szeroko. Były to szczere, naturalne uśmiechy, które zupełnie nie oddawały tego, przez co większość tych dzieciaków przeszła.
Uśmiechnął się nieznacznie. Jego spojrzenie zatrzymało się na piętnastym zdjęciu od schodów.
− Jak mogłem zapuścić, aż takie kudły? – Pokręcił z niedowierzeniem głową, widząc swoją podobiznę sprzed dwóch lat, na której włosy miał aż za ramiona
− Teraz narzekasz, a jak chciałam ci je ściąć, to chodziłeś obrażony przed dwa tygodnie. – Z kuchni wychyliła się Anette. – Ciasto zaraz będzie gotowe, a dzieciaki jeszcze nie wróciły ze szkoły, więc zjesz sobie na spokojnie i opowiesz, co kurczę robiłeś przez ostatnie miesiące?!
Zaśmiał się cicho. No tak, mógł się spodziewać takiego wywiadu.
I nie zamierzał się od odpowiedzi wymigiwać. Usiadł przy kuchennym stole, a gdy otrzymał swój przydziałowy kawałek ciasta, zaczął ze szczegółami opowiadać ostatnie wydarzenia. Anette słuchała go uważnie, a jej oczy z każdą kolejną minutę robiły się coraz większe. Gdy w końcu skończył, kobieta z wrażenia, aż musiała sobie usiąść i odetchnąć głęboko.
− No tego to się nie spodziewałam – przyznała szczerze. – Żebyś znalazł swoich rodziców... I jeszcze okazało się, że cię nie porzucili… Coś  niesamowitego.
− To prawda. – Powoli pokiwał głową. – Na razie może jest trochę dziwnie, ale… Ale wszystko idzie w dobrym kierunku. – Uśmiechnął się nieśmiało.
Ona też odpowiedziała uśmiechem. Zaraz jednak spoważniała. Chwyciła dłoń chłopaka i spojrzała mu prosto w oczy.
− Wiesz doskonale, że najważniejsze jest dla mnie, by moje dzieci wyrosły na szczęśliwych ludzi. Dlatego odpowiedz mi szczerze: czy jesteś szczęśliwy?
Przełknął głośno ślinę. Zawahał się przez moment, ale w końcu przytaknął nieznacznie. W końcu miał wszystko – kochających rodziców, młodsze rodzeństwo już na świecie i w drodze, a także najlepszego przyjaciela, na którego zawsze mógł liczyć. Czego chcieć więcej?
− Tak – wyszeptał. – Jestem naprawdę szczęśliwy.

***

Oddychała głęboko, powoli, skrupulatnie łapiąc powietrze. Palce zaciskała na krawędzi poduszki. Nogi podkuliła pod brzuch i szczelnie owinęła  się kołdrą. W regularnych odstępach to otwierała, to znów zamykała oczy. Bardzo chciała zasnąć, ale nie potrafiła. Za każdym razem, gdy już prawie zasypiała, w jej głowie pojawiało się wspomnienie ostatnich kilku godzin.
Ciemność, wszędzie ciemność. Co się dzieje? Dlaczego się dzieje? Gdzie jestem?
Jeszcze bardziej skuliła się w sobie. Mocno zacisnęła powieki, wsłuchując się w odgłosy szpitala. Na oddziale panował wyjątkowy spokój, jedynie co pewien czas jakaś pielęgniarka, szybkim krokiem przemierzała korytarz.
− Przecież nic się nie dzieje – szepnęła do siebie Stephanie. – Wszystko jest w porządku.
A mimo tego nadal drżała. W myślach, w kółko przywoływała jedno i to samo zdanie:
Córka nadal jest znacząco mniejsza od syna… Mieści się w granicach normy, ale musimy kontrolować sytuacje…
Stanowczo pokręciła głową. Przecież to było bez sensu. Jej dzieci zawsze rodziły się małe. Ani Timo, ani Manoline nie przekroczyli trzech kilogramów. Nadrabiali później.
Więc dlaczego teraz miałoby być inaczej?
Czule pogłaskała zaokrąglony brzuch. Nie powinna się martwić, ale robiła to. Przy mężu starała się być spokojna, jednak teraz, w ciemności powracały najstraszniejsze koszmary.
Zacisnęła palce na prześcieradle. Miała wrażenie, że ma w sobie nie jedną, a dwie Stephanie. Pierwszą, logicznie myślącą, wierzącą w słowa lekarza i drugą, spanikowaną, przewrażliwioną, która widziała jedynie czarne scenariusze.
Ostatni raz pojawiła się dziesięć lat wcześniej, gdy urodzić miała się Many. Ale nawet wtedy była jedynie prawie niewyczuwalnym widmem.
Teraz dla odmiany była wyjątkowo realna.
− Dlaczego mnie straszysz, kochanie? – zapytała cicho kobieta. – Mam nadzieję, że nie chcesz mi niczego przekazać.
Poczuła pod palcami delikatne ruchy. Nie mogła jeszcze stwierdzić, które dziecko się rusza, ale i tak uśmiechnęła się czule.
− Martwię się o was – mówiła dalej. – To niby normalne, ale jednak… Dlaczego cały czas mam wrażenie, że coś jest nie tak?
Kolejny ruch. Któryś maluszek nieudolnie próbował przekonać mamę, by dała sobie spokój i wyluzowała.
− Ciekawe czy za kilka lat też będziecie tacy pewni siebie? – prychnęła.
Przymknęła oczy, mimowolnie wyobrażając sobie te „kilka lat”. Na początku, gdy dowiedziała się o ciąży, fakt, że nosi pod sercem dwójkę dzieci był nierealny, wręcz absurdalny. Nie dowierzała, że mogłaby po raz kolejny zostać mamą, że w jej życiu po raz kolejny miała się pojawić jakaś malutka istotka.
I to nie jedna, a dwie.
Ale odkąd brzuszek się zaokrąglił, coś zaczęło się zmieniać. A tego popołudnia, gdy po raz pierwszy poczuła ruchy dzieci, ogarnęła ją ta błogość, radość, której tak brakowało na początku. Jakby w końcu dotarło do niej, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Przywołała w myślach obraz maluchów. Chłopca i dziewczynki. Mniej więcej trzyletnich. Małego blondynka, bo przecież jej synowie zawsze są blondynami. O dużych niebieskich oczach i kręconej czuprynie, której nikt nie będzie potrafił rozczesać.
A córeczka? Stephanie zaśmiała się cicho, przypominając sobie, jak wiele lat wcześniej dyskutowali z Stephanem o wyglądzie Manoline. Włosy Many po urodzeniu miały ciemno rudą, rdzawą barwę i kobieta po cichu liczyła, że ten kolor się utrzyma. Z czasem włosy ściemniały, trochę zmieniły odcień i stały się płowe.
− Może teraz trafi mi się mały rudzielec? – wyszeptała rozmarzonym głosem.
Sama nie wiedziała dlaczego, ale gdy tylko próbowała wyobrazić sobie swoją nienarodzoną córkę, widziała dziewczynkę z rudymi warkoczami, małą wiewiórkę w zielonej sukience.
− Tylko jakie imię będzie do ciebie pasowało? – zapytała. – Dorothée? Aurora? Jaquelin? Élodie? Mirabelle? A może Pierrette?
W tym momencie dzieci poruszyły się po raz kolejny.
Stephanie przełknęła głośno ślinę. Jeszcze raz czule pogłaskała zaokrąglony brzuch.
− To chyba jest najmniejszy problem – mruknęła. – Najważniejsze by wszystko skończyło się dobrze.

***

Joyce uśmiechnęła się nieznacznie, gdy poczuła na czole delikatny pocałunek. Niechętnie otworzyła oczy. Przeciągnęła się leniwie, a w końcu usiadła i spojrzała na Andrzeja nieprzytomnym wzrokiem.
− Dobrze spałaś? – zapytał cicho, nawet na chwilę nie odrywając głowy od poduszki.
− A jak myślisz? – prychnęła. – To wszystko twoja wina. Mam nadzieję, że te ściany są dźwiękoszczelne i przynajmniej pozostali goście się wyspali. – Pokręciła głową z udawaną dezaprobatą.
W odpowiedzi Wrona jedynie parsknął śmiechem. Podczołgał się na drugi brzeg łóżka, po czym chwycił kobietę za rękę i pociągnął z powrotem na materac.
− Ej!
Pochylił się nad nią, a potem zaczął czule obcałowywać jej dekolt. Jęknęła cicho, gdy zjechał ustami niżej, a przez ciało Francuzki przeszedł dreszcz.
− Spojrzałeś na zegarek? – wychrypiała.
− Mamy jeszcze pół godziny – odpowiedział, nie przerywając pieszczot.
Oczywiście na pocałunkach się nie skończyło i pół godziny zamieniło się w półtorej. Dziewięćdziesiąt minut, w czasie których, para dość dobitnie wyrażała swoje uczucia, a wszyscy pozostali goście mieli okazje dowiedzieć się, jak mają na imię mieszkańcy pokoju trzysta trzy.
Gdy wychodzili z hotelu, dochodziła dwunasta. Nie spieszyło im się specjalnie, bo lunch miał być dopiero o czternastej. Mieli więc jeszcze dwie godziny dla siebie. Andrzej zaciągnął swoją partnerkę na kolejny spacer, tym razem pod stadion Bayernu. Dumnie kroczył przez miasto, w rękach dzierżąc mapę, a Jocelyne usilnie starała się, nie wskazywać mu drogi.
− Teraz powinniśmy skręcić w prawo – stwierdził, w zamyśleniu przeczesując palcami swoją gęstą drogę. – A potem na rondzie w lewo… A może znów w prawo? Sam już nie wiem…
Kobieta z trudem powstrzymywała wybuch śmiechu. Również pochyliła się nad planem miasta, zmarszczyła w skupieniu brwi.
− Chodźmy prosto – zaproponowała sztucznie zatroskanym głosem. – Powinno być szybciej.
Wrona posłał jej zdezorientowane spojrzenie, ale powoli pokiwał głową. Starannie złożył mapę, schował do kieszeni, po czym wziął partnerkę pod rękę i pewnym krokiem ruszył przed siebie
Oczywiście Joyce miała rację. Nie minęło dziesięć minut, a znaleźli się przed stadionem monachijskiej drużyny. Choć do meczu zostało jeszcze kilka godzin, to przed wejściem już rozłożyli się sprzedawcy, oferujący różne klubowe gadżety.
− Nie masz żadnego klubowego szalika, prawda? – zapytał, gdy przechadzali się wzdłuż kolorowych stoisk. – Ani koszulki, czapki, czy czegoś podobnego.
− Niestety nie – odpowiedziała, choć to nie do końca zgadzało się z prawdą. Doskonal zdawała sobie sprawę z tego, że w niewielkim mieszkanku w Warszawie, na dnie granatowej walizki, leży wysłużona, czerwona koszulka, którą kiedyś dostała jako prezent. Kilka miesięcy wcześniej spakowała ją odruchowo, a teraz miała szczerą ochotę o niej zapomnieć.
Jednak Wrona nie mógł o tym wiedzieć. Z wręcz psychopatycznym uśmiechem dopadł do pierwszego stoiska, zdjął z wieszaka szalik, a potem zarzucił go na szyję dziewczyny. Zmierzył ją krytycznym spojrzeniem po czym zacmokał z dezaprobatą.
− To jednak nie to – stwierdził.
Zabrał szalik i sięgnął po kapelusz z gumką. Ten też nie przypadł mu do gustu, więc przez kolejne piętnaście minut testował kolejne nakrycia głowy i szaliki, próbując znaleźć ten idealny. Joyce znosiła to ze stoickim spokojem. Obserwowanie roześmianego od ucha do ucha Andrzeja, sprawiało jej czystą przyjemność i nie zamierzała sobie tego odbierać.
− Ten powinien być dobry.
W końcu siatkarz nałożył na głowę partnerki ostatnią czapkę. Czerwoną, włochatą i z wystającymi różdżkami.
Kobieta z trudem powstrzymała kolejny wybuch śmiechu.
− Twierdzisz, że pasuje do mojego charakteru, tak? – Skrzyżowała ręce na piersi.
 Z zakłopotaniem podrapał się po głowie. Uśmiechnął się przepraszająco, ale jego oczy błyszczały chytrze. Objął Jocelyne ramieniem, a potem pochylił się i wyszeptał lekko zachrypniętym głosem:
− W końcu jesteś moim diabełkiem, nieprawdaż?
Przez jej ciało przebiegł dreszcz. Niepewnie kiwnęła głową, a potem odruchowo zerknęła na zegarek.
− Chyba powinniśmy się zbierać – zauważyła, starając się ignorować przyspieszone bicie serca. – Nie chcesz przecież, by twoi kumple na ciebie czekali. – Uniosła znacząco brwi.
Andrzej mruknął coś pod nosem. Wyraźnie było widać, że akurat w tym momencie lunch był ostatnią rzeczą, na którą miał ochotę. No chyba, że taki zjedzony w hotelu. W pokoju. Z widokiem na nagie ciało ukochanej.
Na szczęście jako mężczyzna cokolwiek rozsądny, potrafił opanować swoje instynkty i przywołać logiczne myślenie. O dziwo bez większych problemów, zaprowadził Joyce na niewielki skwerek blisko stadionu, gdzie mieściła się zapowiadana restauracja.
Przed wejściem już ktoś na nich czekał. Szczupła kobieta, z długimi brązowymi włosami, trzymała na rękach małą, najwyżej roczną dziewczynkę, która zawzięcie próbowała dosięgnąć siedzącego na gałęzi gołębia.
Na widok zbliżającej się pary, kobieta uśmiechnęła się szeroko.
− Cześć, Andrew! Widzę, że jednak mówiłeś prawdę, że kogoś ze sobą przyprowadzisz. – Posłała Francuzce ciepłe spojrzenie. – A Robert był pewien, że żartujesz.
− Aż tak ze mną źle? – Siatkarz  z zakłopotaniem podrapał się po głowie. – W każdym razie… Ania, Joyce, Joyce, Ania. – Przedstawił sobie kobiety.
Jocelyne skinęła grzecznie głową, jednocześnie nie spuszczając wzroku z Polki. Miała głupie wrażenie, że powinna ją skądś kojarzyć, ale nie była wstanie powiedzieć skąd.
− Robert kazał was pozdrowić – kontynuowała Anka. – Oczywiście nie mógł wpaść, przygotowania przed meczem i te sprawy, ale liczy, że jeszcze będzie okazja, by pogadać. A tym czasem mam nadzieję, że twoje dwumetrowe cielsko przyjmie te pyszności, które tu podają. – Ruchem ręki zaprosiła ich do środka.
Joyce przełknęła nerwowo ślinę. Zerknęła niepewnie na Wronę. Mężczyzna chwycił jej dłoń i ścisnął ją pokrzepiająco.
Wzięła głęboki wdech, każąc samej sobie wziąć się w garść. Przecież nie miała, czego się bać. To byli znajomi Andrzeja, może dalsi, ale nadal znajomi. A to oznaczało, że co do zasady powinni być spoko.
Na szczęście i tym razem się nie pomyliła. Kilkoro osób, głównie facetów, które miała okazję poznać, okazało się być całkiem sympatycznymi stworzeniami. Obecność Joyce przyjęli z uśmiechem na ustach, bez problemu zmieniając język rozmowy na angielski. Dzięki temu nie minęło nawet pół godziny, a kobieta poczuła się tak, jakby znała tych ludzi od zawsze. Żartowała z nimi, wybuchała głośnym śmiechem i po prostu dobrze się bawiła. Dodatkowo, co pewien czas jej kolano stykało się z kolanem Wrony. Wtedy siatkarz posyłał partnerce znaczące spojrzenie, a ona rumieniła się nieznacznie.
W czasie tego jakże sympatycznego lunchu, Joyce utwierdziła się też w przekonaniu, że zna Anie. Znaczy się jej męża. Może nie osobiście, lecz ze słyszenia.
Choć niekoniecznie były to te wspomnienia, które chciała dla siebie zachować.
Pokręciła gwałtownie głową, chcą pozbyć się nieprzyjemnych myśli. Ten dzień miał być wspaniały od początku do końca. I nic nie mogło go zepsuć.

Lunch przeciągnął się do godzin późno popołudniowych, a nawet wieczornych. Dopiero, gdy zegar wybił wpół do dziewiętnastej, ktoś nieśmiało zasugerował, że warto by było się zebrać.
− Nigdy nie wspominałeś, że znasz Roberta Lewandowskiego – zauważyła Joyce, gdy razem z Andrzejem powoli szli w kierunku stadionu. Z różnych, bliżej nieokreślonych przyczyn, ich grupka rozproszyła się samoistnie, więc mogli spokojnie porozmawiać we dwójkę.
− Jakoś nie było okazji. – Środkowy beznamiętnie wzruszył ramionami. – Zresztą, to nie jest jakaś bliska znajomość. Jako dzieciak chodziłem z jego siostrą na treningi siatkówki. Teraz czasami pomaga mi załatwić coś dla dzieciaków z onkologii. Tacy sobie kumple, nic więcej. Ty też pewnie poznałaś w pracy kogoś sławnego?
Cicho parsknęła śmiechem. Westchnęła głęboko i z zrezygnowaniem pokręciła głową.
− Może i poznałam. Ale stewardessy są zazwyczaj niewidzialne.
− Nawet jeśli biorą udział w kampanii reklamowej linii? – Uniósł znacząco brew.
Jocelyne otworzyła i zaraz zamknęła usta. Zamrugała szybko, nie bardzo dowierzając w to, co słyszy.
− Skąd to niby wiesz? – Zmierzyła go uważnym spojrzeniem.
− Pogrzebałem w Internecie – odpowiedział szczerze. – Ty googlowałaś mnie, to ja wygooglowałem ciebie. Założę się, że znasz osobiście przynajmniej kilku zawodników Madrytu.
Wniosła uczy ku niebu, prosząc opatrzność o cierpliwość. Jednocześnie jednak nie mogła powstrzymać uśmiechu. Wspięła się na palce, cmoknęła Wronę w policzek. On wykorzystał okazję, by chwycić kobietę za rękę i bezpardonowo pociągnąć w stronę wejść, przy których dosłownie roiło się od ludzi. Do meczu zostało niespełna czterdzieści pięć minut.
Weszli bez problemu. Choć od włochatej czapki diabełka, głowa Joyce zaczynała nieprzyjemnie swędzieć, to Francuzka doskonale czuła unoszące się w powietrzu emocje. Półfinał ligi mistrzów. To było wydarzenie.
Jednak, gdy weszli na stadion, dziwny niepokój zagościł w sercu Jocelyne.  Miała wrażenie, że coś wisi w powietrzu. Coś niepokojącego. 
− Skoczę jeszcze do toalety. – Uśmiechnęła się przepraszająco do Andrzeja, tuż przed tym, jak weszli na odpowiednią trybunę. – Wrócę dosłownie za dziesięć minut – obiecała, a potem, nie zważając na zatroskane protesty mężczyzny, odwróciła się na pięcie i zniknęła w tłumie.
W skupieniu przyglądała się kolejnym znakom, szybkim krokiem przemierzając korytarz. Nerwowo zaciskała palce na torebce, co chwilę mimowolnie oglądając się przez ramię. Tak naprawdę nie miała pojęcia, dlaczego to robi. Z każdą kolejną sekundą była coraz bardziej zdezorientowana, a przecież nic nie wskazywało na to, że coś miałoby się wydarzyć.
− Ze mną nigdy nie chciałaś przyjść na mecz. Czyżbym nie był godzien twojego towarzystwa?
Zatrzymała się gwałtownie, słysząc za sobą znajomy głos. Wzniosła oczy ku niebu i jęknęła w myślach.
− Doczekam się odpowiedzi?
Wzięła głęboki oddech, policzyła w myślach do dziesięciu, a potem odwróciła się powoli.
− Cześć, Jonas. – Uśmiechnęła się krzywo. – Mnie też miło cię widzieć.
− W tej czapce wyglądasz jak idiotka – prychnął bez oporów.
− Ty nie jesteś lepszy. – Zmierzyła mężczyznę krytycznym spojrzenie. Schludny garnitur pilota zamienił na rozciągniętą, klubową koszulkę i krótkie spodnie, a idealnie wypolerowane lakierki na schodzone sandały. Joyce wzdrygnęła się mimowolnie, przypominając sobie, ile razy prosiła go, by w końcu je wyrzucił.
Jedynie czarne włosy nadal były idealnie przylizane.
− Gdzie zgubiłaś swojego wielkoluda? – Jonas szybko zmienił temat. – Czyżby też się tobą znudził?
Zacisnęła wściekle pięści. Nieudolnie starała się powstrzymać chęć, by przywalić mężczyźnie raz, a porządnie.
− Czego chcesz? – wycharczała.
Parsknął kpiącym śmiechem.
− Oj, Joyce, Joyce. – Posłał kobiecie litościwe spojrzenie. – Dlaczego tak gwałtownie reagujesz? Przecież ja tylko chciałem się przywitać. Zawsze musisz brać wszystko za poważnie. – Pokręcił z dezaprobatą głową.
− Siniaki, których jesteś autorem, też wzięłam za poważnie?
Westchnął głęboko. Zrobił krok w przód, a Jocelyne cofnęła się odruchowo. Przełknęła głośno ślinę, gdy jej plecy gwałtownie zetknęły się z betonowym słupem.
− Daj spokój. – Przewrócił z irytacją oczami. – To był tylko jeden błąd.
− Pieprzenie Andrei też było błędem?
Z cichym świstem wypuścił powietrze. Pochylił się nieznacznie, a w jego oczach pojawiły się niepokojące ogniki.
− Nie wmówisz mi, że ty żadnych nie popełniłaś. − Uśmiechnął się chytrze. – Pamiętasz naszego wyimaginowanego syna? Ciekawe, czy ta włochata małpa, z którą się teraz zadajesz wie, że nie możesz mieć dzieci.
Zamarła. Jej ciało zaczęło niepokojąco drżeć. W oczach pojawiły się łzy, a twarz pobladła gwałtownie.
− To nie… − głos jej się załamał.
− Nie prawda?
Zrobił trzy kroki w przód, znów niebezpiecznie zbliżając się do kobiety. Znajdował się naprawdę bardzo, bardzo blisko. Nie był specjalnie wyższy od Jocelyne, więc ta  mogła spokojnie spojrzeć w jego zimne oczy.
Jej serce biło jak oszalałe, desperacko rozglądała się wokół, w myślach błagając ludzi o interwencje.
Ale przecież z boku musiało to wyglądać jedynie na sprzeczkę młodej pary.
− Musisz przyznać, że było nam razem dobrze – wyszeptał, gdy ich twarze dzieliło kilka centymetrów. – Szkoda by było, by zniszczył to jeden wieczór.
− Sam o tym zdecydowałeś – warknęła. – Mogłeś zabawiać się z tą nową dziewczyną. Może wtedy wytrzymałabym z tobą jeszcze kilka miesięcy.
− Ty…
Już podnosił rękę, z zamiarem uderzenia Joyce, jednak nagle czyjeś długie palce zacisnęły się na koszulce Jonasa. Mężczyzna otworzył szeroko oczy, gdy ta sama dłoń, pociągnęła go gwałtownie w tył. Zachwiał się, szczerze zdezorientowany i rozłożył ręce, próbując utrzymać równowagę.
− Nawet nie warz się jej tknąć!
Między Joyce, a Jonasem, jakby znikąd pojawił się Andrzej. Zaciskał wściekle pięści, pochylony niczym byk na korridzie. Ze swoimi dwoma metrami, zdecydowanie górował wzrostem nad Niemcem. Dodatkowo mógł się poszczycić dobrze zarysowanymi mięśniami i niezłą kondycją. W przeciwieństwie do Jonasa, którego jedynym powodem do chwały, były zaczątki piwnego brzucha.
W takiej sytuacji jedynie idiota próbowałby konfrontacji.
A Jonas nie był dupkiem, ale nie idiotą. I cenił sobie jeszcze swoje zęby.
− Powodzenia z tą wariatką – prychnął tylko, a potem odwrócił się na pięcie i zniknął w tłumie.
Jocelyne mimowolnie odetchnęła z ulgą. Wyprostowała się powoli, a potem wzięła kilka głębokich wdechów, by uspokoić szaleńczo bijące serce.
− Dziękuję – wyszeptała, posyłając Andrzejowi pełne wdzięczności spojrzenie. – Uratowałeś mnie.
Ale on zupełnie nie zwracał uwagi na jej słowa. Nadal stał tyłem do kobiety, to zaciskając, to rozprostowując palce. Wydawało się, że nadal jest wściekły, że emocje nadal w nim buzują.
Joyce uśmiechnęła się nieznacznie. Podeszła do ukochane i delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu.
Jednak on zrobił coś, czego zupełnie się nie spodziewała. Odwrócił się gwałtownie, strącając rękę Francuzki, a potem popatrzył na nią wzrokiem przepełnionym złością.
Przełknęła głośno ślinę, odruchowo znów się cofając.
− Dlaczego mi nie powiedziałaś? – wycharczał słabym głosem.
− Andrew…
− Dlaczego nie powiedziałaś, że nie możesz mieć dzieci?! – wybuchnął.
Zamarła. Przerażenie ogarnęło całe jej ciało. Nie przypuszczała, że siatkarz słyszał tę część rozmowy, że wyciągnął takie, a nie inne wnioski. 
Przez ułamek sekundy, strach całkowicie ją sparaliżował. Jednak po kilku sekundach dotarło do niej, że może to wyjaśnić, że to nie prawda.
− Posłuchaj, skarbie, to nie tak… − zaczęła, przekonana, że ma szansę uspokoić Wronę.
Jednak ten jej nie słucha. Pokręcił głową z dezaprobatą, schował ręce w kieszeni, a potem powłócząc nogami odszedł w kierunku trybun. Oczywiście Jocelyne pobiegła  za nim. Przepychała się przez tłum, nieudolnie starając się zatrzymać siatkarza. Pokrzykiwała za nim, prosiła, by ją wysłuchał, ale on jakby nagle ogłuchł.
W końcu się poddała. Gdy Andrzej wszedł do odpowiedniego sektora, zatrzymała się w korytarzy. Mecz zaczynał się za piętnaście minut,  przestrzeń wokół kobiety zaczynała pustoszeć. Wszyscy przygotowywali się na nadchodzące emocje.
Jednak nie Joyce. Ona stała na środku przejścia, drżąc niczym w febrze i desperacko obejmując się rękami. Nie powstrzymywała już spływających łez, wściekłość mieszała się z desperacją. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby spędzić kolejne dwie godziny obok mężczyzny, który nawet nie chciał jej wysłuchać.
Odwróciła się więc stanowczo i pobiegła w kierunku wyjść. Nie zwracając uwagi na zdezorientowane spojrzenia ochrony, wybiegła na ulice Monachium.
Była prawie dziewiąta, a temperatura spadła poniżej piętnastu stopni. Jednak Jocelyne nie zwracała na to uwagi. Biegła przed siebie, z trudem widząc przez załzawione oczy. Najchętniej wróciłaby do Warszawy, ale doskonale wiedziała, że najbliższy lot ma dopiero rano.
W końcu dotarła do hotelu. Wyczerpana szaleńczym biegiem i płaczem , padła na łóżko i momentalnie zasnęła, z policzkami nadal mokrymi od łez. 


Pamiętacie, jak jakiś czas temu obiecywałam, że Joyce i Andrzej też będą mieli rozdziały poświęcone głównie im?  Więc teraz je macie, a ja po raz kolejny przekonuje się, że mam problem z opisywaniem konfliktów. 
Ale mam nadzieję, że rozdział się podobał i nie urwiecie mi głowy za kończenie w takim momencie. Jak zwykle z niecierpliwością czekam na wasze komentarze i z góry za wszystkie dziękuję. 
Pozdrawiam
Violin

niedziela, 9 września 2018

Rozdział 33


Koniec kwietnia dawał się mieszkańcom nadmorskiej Nicei we znaki. Z każdym kolejnym dniem, słupki rtęci na termometrach wędrowały coraz wyżej, a promienie gorącego słońca przypiekały brukowane uliczki. Ludzie przemykali w cieniu kamiennych budynków, raz po raz dziękując za ciasną zabudowę miasta. Wąskie, wręcz klaustrofobiczne uliczki, które biegły to w górę, to w dół, choć na chwilę pozwalały odetchnąć.
Nicolas bardzo powoli szedł wzdłuż wysokiego, szarego muru. Bezgłośnie ruszał ustami, starannie liczą każdy kolejny krok. W ręku trzymał doniczkę z fioletowymi bratkami, a w przewieszonej przez ramię torbie, cicho pobrzękiwały znicze. Nieprzytomnym wzrokiem błądził po kolorowej kostce, jakby badał, czy na pewno układa się w regularny wzór, czy przypadkiem ma niej jakiś nieprawidłowości.
W końcu zatrzymał się gwałtownie. Podniósł głowę i omiótł wzrokiem stalową bramę cmentarza. Czarne pręty złowieszczo pobłyskiwały w słońcu, a złote zdobienia dosłownie oślepiały obserwatora.
Przełknął głośno ślinę, Na drżących nogach wszedł na teren cmentarza. Beznamiętnie minął rzędy starych, zabytkowych grobowców, niektórych sprzed dwóch stuleci. Pospiesznie przeszedł przez alejki, wzdłuż których postawiono malutkie nagrobkami, niektóre tylko z jedną datą wyrytą w marmurze. Bez zastanowienia zagłębił się w labirynt uliczek. W myślach cały czas odhaczał kolejne charakterystyczne punkty na trasie. Mała, zaniedbana kapliczka, drewniane śmigło wbite w ziemię − grób lotnika, powieszony na niskim drzewie karmnik. Choć w swoim życiu przemierzał tę trasę wielokrotnie, to nadal przyłapywał się na tym, że pilnuje się, by przypadkiem nie pomylić drogi.
W końcu doszedł do samego końca cmentarza. Wzdłuż muru, jakby w nieskończoność ciągnęła się kolumbarium, przypominająca trochę biblioteczkę na bibeloty. Niektóre wnęki nadal były puste i zimne, inne zapieczętowano czarnymi lub szarymi płytami. Przed tymi już zajętymi, na wąskich półeczkach stały znicze i pojedyncze kwiaty.
Nicolas odetchnął głęboko. Zaczął iść wzdłuż ściany, uważnie czytając każde nazwisko. W końcu zatrzymał się przed właściwą płytą? Powoli odczytał napis.

Yvett Lemaitre
23.09.1968 - 23.04.2003

Camille Lemaitre
3.02.1965 - 23.04.2003

Poczuł dziwny ucisk w klatce piersiowej. Postawił kwiaty na środku półeczki, a potem wyjął z torby znicze. Jeden postawił po prawej, a drugi po lewej stronie doniczki. W zamyśleniu przygryzł wargę. Zacmokał z dezaprobatą, wziął znicza z prawej i postawił to obok brata bliźniaka.
Z niezadowoleniem pokręcił głową. Znów przestawił znicz, drugą ręką obracając kwiaty. Dopiero gdy upewnił się, że wszystko jest idealnie, zrobił dwa kroki w tył, by w końcu ciężko opaść na drewnianą ławeczkę.
− Przyszedłem – mruknął, pusty wzrok wlepiając w marmurową płytę. – Tak, jak obiecałem. Pewnie… pewnie chcecie usłyszeć, co tam u mnie. – Przełknął nerwowo ślinę. – Wiecie, dużo się działo przez te kilka miesięcy. Naprawdę dużo. – Oparł łokcie na kolanach, a potem położył głowę na otwartych dłoniach. – Znalazłem ich. Moich rodziców. Tych biologicznych – wyszeptał słabym głosem.
Zamilkł gwałtownie, czując zbierające się powiekami łzy. Pospiesznie otarł oczy wierzchem dłoni i znów spojrzał przed siebie.
− To dobrzy ludzie – powiedział, siląc się na uśmiech. – Naprawdę dobrzy. Tak naprawdę, to mnie nie porzucili, tylko myśleli, że nie żyję. To… to musiało być dla nich straszne. Ale teraz już jest dobrze. Dogadujemy się. Powoli budujemy więź. Taką między rodzicami i synem. Naprawdę fajna sprawa. Choć nie bardzo pamiętam, jak to miało wyglądać. – Z zakłopotaniem podrapał się po głowie. – Ale polubilibyście się. Tego jestem pewien.
Zacisnął usta w wąską kreskę, a potem z cichym świstem wypuścił powietrze. Przetarł dłonią zmęczone oczy. Od momentu, gdy odnalazł Stephanie i Stephana, gdy dowiedział się, jak tak naprawdę wyglądały jego narodziny, chłopaka nawiedzały myśli o rodzicach adopcyjnych. Leżąc wieczorami w łóżku i próbując zasnąć, zastanawiał się, jak wyglądałoby jego życie, gdyby Yvett i Camille jednak nie zginęli w wypadku. Czy byłyby z nimi szczęśliwy? Czy w końcu nauczyłby się mówić do nich „mamo” i „tato”? Czy w ogóle szukałby swoich biologicznych rodziców? W końcu chciał tylko być kochany, mieć kogoś, komu by na nim zależało. Małżeństwo Lemaitre zapewniłoby mu wszystko. Miłość, bezpieczny dom, ciepło, wsparcie w codziennym życiu. Nie potrzebował niczego innego.
− Pewnie się cieszycie – szepnął. – W końcu chcieliście dla mnie, jak najlepiej…
Powoli podniósł się z ławki. Na drżących nogach zrobił kilka kroków w przód. Uniósł dłoń i zawahał się na moment. Następnie delikatnie musnął złote litery, układające się w imię Yvett. Zamrugał gwałtownie, starając się opanować, zbierające się pod powiekami łzy. Mimowolnie pociągnął nosem. Przełknął głośno ślinę, czując jak uginają się przed nim kolana.
Endors-toi … ferme tes jolis yeux Bercé par le vent au large des îles bleues… − zanucił, łamiącym się głosem.
Nie miał pojęcia, dlaczego tak bardzo to przeżywał. W końcu to były tylko trzy lata, niespełna trzy lata, gdy ktoś naprawdę go kochał, gdy ktoś go chciał.
A mimo tego nadal czuł zapach kawy z cynamonem, którą co rano pijał Camille. Nadal znał na pamięć wszystkie kołysanki, które śpiewała mu Yvett.
− Kim bym bez was był? – rzucił w przestrzeń.
To bez przerwy zaprzątało mu głowę. Co by było, gdyby jego życie potoczyło się zupełnie inaczej? Gdyby nie wtrąciła się ciotka Charléen? Gdyby wychował się w biologicznej rodzinie? Gdyby nigdy nie musiał się zastanawiać, czy ma kogoś na świecie? Gdyby jego największym zmartwieniem było, o której godzinie ma wrócić do domu?
Gdyby całe jego życie było, jak te trzy wspaniałe lata?
Tyle pytań i żadnej odpowiedzi.
Z zamyślenia wyrwał go ciche wibrowanie telefonu. Wyjął komórkę z kieszeni i zmarszczył ze zdziwieniem brwi, gdy zobaczył numer ojca. Odebrał szybko, czując narastające w sercu przerażenie. Poprosił w końcu rodziców, by dzwonili tylko w nagłych wypadkach.
− Tak? – wychrypiał słabo.
Po drugiej stronie Stephane chaotycznie zaczął coś tłumaczyć. Nicolas słuchał go uważnie, starając się wyłapać sens tego potoku słów.
W końcu udało mu się dojść, co się stało.
− Tak, wrócę jak tylko będę mógł – obiecał, starając się opanować drżenie rąk. – Tylko… tylko załatwię jeszcze jedną rzecz. – Zerknął na marmurową płytę, uśmiechnął się nieznacznie, a potem rozłączył się szybko. To nie było dobre miejsce na rozmowę.
Znów odwrócił się przodem do kolumbarium. Wyprostował się dumnie i szybko wygładził dłonią koszulę.
− Dziękuję – powiedział pewnym głosem. – Naprawdę wam dziękuję.
Następnie odwrócił się na pięcie i odszedł pewnym krokiem. Wiedział już jedno:
Bez nich by sobie nie poradził.

***

Stephane z natury nie był panikarzem. Ba, można by było nawet powiedzieć, że jest uosobieniem spokoju. Niejednokrotnie zachowywał zimną krew w najtrudniejszych moment, a jego opanowanie ratowało sytuacje. Po prostu nie miał w zwyczaju panikować i był zdania, że każdy problem można rozwiązać w logiczny sposób.
Jednak, gdy podjechał pod dom i zobaczył, jak Stephanie bezwładnie osuwa się na ziemię, jego serce nagle stanęło. Wypadł jak szalony z samochodu i w sekundzie znalazł się obok żony. W jednej chwili stracił całą zdolność logicznego myślenia. Nieudolnie próbował ocucić partnerkę, desperacko powtarzając jej imię. Na niewiele się zdały kursy pierwszej pomocy, czy zdrowy rozsądek – jego mózg  po prostu się zablokował. Gdy dotknął włosów kobiety i poczuł pod palcami krew, zupełnie spanikował.
Na szczęście przechodząca ulicą sąsiadka była wstanie zachować trzeźwy umysł. Najpierw wezwała karetkę, a potem, z pomocą Antigi, przewróciła Francuzkę na lewy bok. Gdy przyjechali ratownicy, to właśnie od niej usłyszeli mniej więcej, co się stało.
A teraz Stephane krążył po sterylnie białym korytarzu jednego z warszawskich szpitali, w nerwach obgryzając paznokcie. Nie wiedział jeszcze co się stało, ani w jakim stanie jest Stephanie i to właśnie ta niewiedza doprowadzała go do jeszcze większej złości.
− Weź się w garść, stary – skarcił samego siebie. – Stephanie potrzebuje cię spokojnego i racjonalnie myślącego.
Odruchowo zerknął na zegarek. Dlaczego to tyle trwa? Westchnął głęboko, przeczesał palcami włosy, by w końcu z zrezygnowaniem usiąść na plastikowym krzesełku. Pusty wzrok wlepił w drzwi przed sobą, a w jego głowie pojawiały się coraz gorsze wizje.
Co z Stephanie? Co z dziećmi? Czy to omdlenie było groźne? Czy w czasie upadku stało się coś poważnego? A co jeśli Stephanie poważnie uderzyła się w głowę? A co jeśli….
Pokręcił gwałtownie głową, starając się pozbyć czarnych myśli. Nic jeszcze nie wiedział, więc panikowanie było kompletnie bezsensowne.
− Pan Antiga?
Poderwał się gwałtownie, gdy w drzwiach pojawiła się lekarka. Była to starsza kobieta, o posiwiałych włosach związanych w wysoki kok i dobrotliwym spojrzeniu. Na widok trenera uśmiechnęła się ciepło, a on jakby odruchowo, odetchnął z ulgą.
− Tak, to ja.
− Dobrze mówi pan po polsku?
Pokiwał, pokręcił, a potem znów pokiwał głową. Rozłożył bezradnie ręce, dając do zrozumienia, że owszem, mówi, ale w stresie może czegoś nie zrozumieć.
− Czy… czy z moją żoną wszystko w porządku? – zapytał, czując, że jego akcent jest jeszcze gorszy niż zwykle. Pierwszy raz od dawna pożałował, że nie wziął ze sobą dzieci. Timi na pewno mówił lepiej od niego.
Ale lekarka znów się uśmiechała. Stephane poczuł, jak opada z niego całe napięcie.
− Nic poważnego się nie stało – zapewniła. – To tylko zwykłe omdlenie, w ciąży jak najbardziej może się zdarzyć, ale nie jest groźne. Bardziej baliśmy się, jakie szkody wyrządzi upadek, ale na szczęście pańskie dzieci są silne. Zupełnie sobie nic z niego nie zrobiły. Co do żony, to owszem, rozbiła lekko głowę, ale już zaszyliśmy ranę. Pozostanie tylko mała blizna. Zostanie jeszcze na obserwacji, tak na wszelki wypadek, ale ogólnie jest naprawdę dobrze. – Uśmiechnęła się po raz trzeci.
− I to wszystko? – dopytał ze zdziwieniem Antiga.
− Można powiedzieć, że tak. Wykonaliśmy przy okazji kilka badań. Maluchy niezmiennie rozwijają się prawidłowo. Córka nadal jest zdecydowanie mniejsza od syna, ale mieści w granicach normy. Trzeba tylko monitorować sytuacje.
Stephanie nie miał pojęcia, co powiedzieć. Przez ułamek sekundy zastanawiał się, czy wyściskanie kobiety będzie bardzo nie na miejscu, ale w końcu stwierdził, że lepiej będzie taktownie podziękować za dobre nowiny.
− Czy mogę ją zobaczyć? – zapytał jeszcze, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę.
− Oczywiście.
Nie trzeba mu było dwa razy powtarzać. Zgrabnie minął kobietę i na drżących nogach wszedł do pomieszczenia.
Pokój nie był zbyt duży. Pomalowany na kolor, który kiedyś zapewne był biały, ale teraz bardziej przypominał barwę późno lutowej mazi, którą nieliczni nazywali śniegiem. W środku stały dwa łóżka, z czego jedno było puste. Drugie zajmowała Stephanie.
− Bardzo spanikowałeś? – Uniosła kpiąco brew.
Zaśmiał się cicho. Podszedł bliżej i usiadł na brzegu łóżka. Kobieta odsunęła się minimalnie. Choć uśmiechała się, nie była blada, to jednak w jej spojrzeniu było widać niepokój.
− Tylko troszkę – przyznał. – Skąd miałem wiedzieć, że to tylko zwykłe omdlenie? Nigdy wcześniej ci się to nie zdarzało.
− Jak widać miałam szczęście. – Beznamiętnie wzruszyła ramionami.  – Ale jak sam usłyszałeś, wszystko w porządku, więc nie musisz się denerwować. – Głos miała pewny, trudno było jednak powiedzieć, czy chce przekonać męża, czy też samą siebie.
− I tak będę. Przecież mnie znasz.
Mimowolnie parsknęła śmiechem. Uśmiechnęła się nieznacznie, odruchowo głaszcząc wypukły brzuch.
I dokładnie w tym momencie zamarła.
− Coś się stało? – Zatroskany Stephane prawie poderwał się na równe nogi. – Może zawołam lekarza…
− Nie, nie, wszystko okej – powstrzymała go szybko. − Ja… − zawahała się. Przełknęła głośno ślinę, a potem ostrożnie chwyciła dłoń męża i położyła ją sobie na brzuchu. – Czujesz? – zapytała cicho.
Zmarszczył ze zdziwieniem brwi, nie bardzo rozumiejąc, o co chodzi. Odczekał chwilę, a potem powoli pokręcił głową.
− Nic dziwnego – westchnęła głęboko. – Jest jeszcze za wcześnie…
− Ale o co chodzi? – Mężczyzna posłał żonie zdezorientowane spojrzenie.
Jednak za nim zdążyła odpowiedzieć, on załapał, co się dzieje. Otworzył szeroko oczy, a jego dłoń zaczęła delikatnie drżeć.
− Ruszają się, prawda? – wychrypiał słabo.
− Tak. – Uśmiechnęła się czule.
Więcej nie musiała mówić. Stephane i tak prawie się rozpływał. Delikatnie pogłaskał brzuch Stephanie. Niespodziewane ciepło wypełniło całe jego ciało.
− Cześć, maluchy – wyszeptał. Oczy zaczęły go dziwnie szczypać, a oddech nieznacznie przyspieszył. – Tu tata. Mam nadzieję… − przełknął głośno ślinę. – Mam nadzieję, że nie dajecie mamie w kość. Bo inaczej wszyscy będziemy mieć przerąbane. Wszyscy w troję. – Pochylił się, by pocałował żonę. – Kocham cię, skarbie – mruknął, gdy ich czoła nadal się stykały. – I nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba.


***

− Ale jesteś pewien, że się nie przydam? – zapytała zatroskana Jocelyne. – Tak, jestem już w Monachium, ale to naprawdę żaden problem. Andrzej na pewno zrozumie… − Zerknęła na stojącego obok mężczyzna.
On jedynie beznamiętnie wzruszył ramionami. Od piętnastu minut stali przed monachijskim lotniskiem, a kobieta dyskutowała po francusku ze swoim bratem. Oczywiście Wrona nic z tej rozmowy nie rozumiał, ale sądząc po minie partnerki, nie chodziło o nic przyjemnego.
− Niech będzie – westchnęła w końcu. – Ale, gdy tylko coś się zmieni, to od razu zadzwoń – nakazała, a potem rozłączyła się niechętnie.
Westchnęła głęboko, przeczesując palcami włosy. Zacisnęła dłoń na rączce od niewielkiej walizki i omiotła wzrokiem postój taksówek.
− Pojedziemy pociągiem? – zapytała beznamiętnym tonem, ale Andrzej zupełnie zignorował jej pytanie.
− Co się stało?
Zacisnęła usta wąską kreskę. Odruchowo podrapała się po skroni, by potem skrzyżować ramiona na piersi.
− Stephanie zemdlała przed domem – wyjaśniła. – Jest w szpitalu, lekarze mówią, że ogólnie to normalne i wszystko w porządku, ale uderzyła głową o chodnik, więc musieli ją zszywać. I zatrzymali ją na obserwacji, by sprawdzić, czy nie doszło do wstrząśnienia mózgu. Ale z dziećmi wszystko w okej. – Uśmiechnęła się nieznacznie.
Środkowy też się uśmiechnął. Ostatnią rzeczą, na którą miał teraz ochotę, były kiepskie informacje z Polski. Nie chciał, by cokolwiek popsuło ten wspaniale zapowiadający się weekend.
Pewnym krokiem ruszył w kierunku najbliższej taksówki, ale Joyce w ostatniej chwili chwyciła go za rękę.
− Do którego hotelu jedziemy? – zapytała.
Zamrugał, lekko zdezorientowany, a potem szybko podał jej odpowiednią nazwę. Znów się uśmiechnęła, tym razem jednak z lekkim zakłopotaniem. Znała tę nazwę, był czas, że korzystała z niej wielokrotnie.
− Pojedziemy pociągiem – zdecydowała, ciągnąc Andrzeja w kierunku stacji. – Będzie szybciej i taniej.
Na początku siatkarz nie wydawał się specjalnie zadowolony z takiego obroty spraw, ale szybko zmienił zdanie. Z satysfakcją obserwowała jego zdziwienie, gdy sprawnie kupiła w automacie dwa bilety, nawet nie zmieniając języka na angielski. Potem bez problemu przeprowadziła ich przez labirynt korytarzy, by w końcu doprowadzić do odpowiedniego pociągu.
Gdy w końcu spokojnie usiedli w środku, Wrona zadał pytanie, które dręczyło go od kilku minut:
− Czyli całkiem nieźle znasz Monachium, tak?
− Jakoś tak wyszło. – Jocelyne beznamiętnie wzruszyła ramionami. – Był czas, że przylatywałam tu regularnie. – Wzdrygnęła się mimowolnie. Nie lubiła wracać myślami do tamtych momentów, choć na pierwszy rzut oka nie wydawały się być złe.
Na szczęście Andrzej zrozumiał. Objął kobietę ramieniem i pozwolił, by oparła głowę na jego torsie.
Wtuliła się w pierś mężczyzny. Przymknęła oczy, z ulgą wdychając zapach jego perfum. Tego właśnie potrzebowała – chwili spokoju.  
Pociąg powoli ruszył ze stacji. Cichy, miarowy stukot kół, był wręcz usypiający. Joyce pozwoliła sobie odpłynąć. Uspokoiła oddech i bezwiednie zapadła w płytki sen, czując jak Wrona, delikatnie gładzi jej włosy.
Z letargu wyrwał ją głos, zapowiadający kolejną stacje. Gwałtownie otworzyła oczy i potoczyła nieprzytomnym wzrokiem po wagonie. Panował ogólny harmider. Ludzie tłoczyli się przy drzwiach, czekając, aż te się łaskawie otworzą, ktoś nieudolnie próbował przepchać walizki w stronę wyjścia, jakaś matka chciała przekonać swojego kilkuletniego syna, by nie siadał na brudnej podłodze. Jednym słowem, nic niezwykłego.
Ale nagle Jocelyne zamarła. Miała wrażenie, że dostrzegła w tłumie znajomą sylwetkę. Zamrugała zdezorientowana. Kilka metrów dalej, stał mężczyzna w stroju pilota linii lotniczych. I choć Joyce widziała tylko jego plecy, to była przekonana, że zna tę sylwetkę i czarne, przylizane włosy.
Przełknęła głośno ślinę. Uważnie obserwowała mężczyznę, a gdy ten w końcu miał wysiadać, obrócił się nieznacznie i ich spojrzenia spotkały się.
Teraz była już pewna, że to Jonas.
Pilot posłał kobiecie kpiący uśmiech, a potem pewnym krokiem opuścił wagon.
A ona nadal nie mogła oderwać od niego wzroku.
− Coś się stało? – zapytał zatroskany Andrzej, widząc szok malujący się na twarzy partnerki.
Gwałtownie pokręciła głową, otrząsając się z szoku.
− Nie, wszystko… wszystko w porządku – zapewniła, wymuszając uśmiech. – Po prostu… zresztą nieważne. – Machnęła lekceważąco ręką.
Zmarszczył ze zdziwieniem brwi. Choć niespecjalnie przekonała go odpowiedź kobiety, to nie drążył dłużej tematu. Zamiast tego czule pocałował ją w czoło, a następnie zerknął na podwieszony pod sufitem ekran.
− To chyba nasza stacja – zauważył trzeźwo.
Niechętnie się z nim zgodziła. Nie chciała opuszczać przyjemnie kołyszącego się wagonu. Było w tym kołysaniu coś kojącego.
Niestety nic nie trwa wiecznie.
Tego dnia w Monachium było słonecznie. Tłumy ludzi przelewały się przez szerokie ulice, co chwilę rozlegały się zniecierpliwione pokrzyki. Światła zmieniały się to z czerwonego na zielone, to znów z zielonego na czerwone. Choć mecz miał się odbyć dopiero następnego dnia, to przechodząc obok stadionu monachijskiej drużyny, Joyce czuła, unoszącą się w powietrzu atmosferę podniecenia.
− Jakie mamy plany na dzisiaj? – zapytała, gdy w zasięgu jej wzroku pojawił się odpowiedni hotel.
Andrzej już chciał odpowiedzieć, jednak w tym momencie odezwała się jego komórka. Uśmiechnął się przepraszając do Jocelyne, a potem szybko odebrał. Przez kilka minut rozmawiał z kimś po polsku, by w końcu serdecznie zakończyć wymianę zdać i obdarzyć partnerkę kolejnym, tym razem zdecydowanie szerszym, uśmiechem.
− Już wszystko wiem. Jest prawie osiemnasta, więc dzisiaj zabieram cię tylko na kolację w jakiejś przyjemnej knajpce. I może romantyczny spacer. A jutro zostaliśmy zaproszeni na przed meczowy lunch. My i kilku moich znajomych. Co ty na to?
− A będzie ten twój kumpel, co to przewidział, że Bayern będzie w półfinale? – Uniosła pytająco brwi.
Wrona mimowolnie parsknął śmiechem, ale pokręcił przecząco głową.
− Myślę, że będzie miał coś innego do roboty.
Wzruszyła beznamiętnie ramionami. Chwyciła dłoń siatkarza i uśmiechnęła się delikatnie. Perspektywa wspólnie spędzonego wieczoru wydawała się być wyjątkowo optymistyczna. Miała szczerą nadzieję, że dzięki temu zapomni o niespodziewanym spotkaniu w pociągu.
I tak też było. Kolejne godziny były wręcz idealne. Najpierw zjedli kolacje w urokliwiej, niewielkiej restauracyjce. Śmiali się serdecznie, przedrzeźniali, rozmawiali o wszystkim i o niczym, a kolejne minuty upływały prawie niezauważone. Co pewien czas Wrona pochylał się nad stołem, by skraść Jocelyne pocałunek. Wtedy ona rumieniła się niczym nastolatka i delikatnie szturchała środkowego nogą.
Potem poszli na spacer. Przechadzali się ulicami miasta, trzymając się za ręce i po prostu ciesząc się swoją obecnością. Od czasu do czasu, Joyce kątem oka zerkała na Wronę, a szczęście dosłownie rozpływało się po jej ciele. Gdy objął ukochaną w pasie, ona uśmiechnęła się nieznacznie i przymknęła oczy, by rozkoszować się tą chwilą.
W pewnym momencie zatrzymali się na małym placyku, otoczonymi urokliwymi kamieniczkami. Inne zakochane pary siedziały przy kawiarnianych stolikach, a gdzieś z oddali dochodził cichy dźwięk skrzypiec.
− Joyce, skarbie… − Andrzej chwycił obie dłonie kobiety, tak, by stanęli naprzeciwko siebie. – Muszę ci coś ważnego powiedzieć.
− Jeśli masz zamiar się oświadczać, to zaczekaj jeszcze przynajmniej pół roku – zażartowała, mimo powagi w  głosie mężczyzny.
Mimowolnie parsknął śmiechem. Pokręcił głową z udawaną dezaprobatą, ale zaraz spoważniał. Musnął opuszkiem palca podbródek Francuzki i delikatnie odchylił jej głowę do tyłu.
− Kocham cię – wyszeptał, a potem czule ją pocałował.
Westchnęła cicho. Ścisnęła dłoń siatkarza, spoglądając prosto w jego lekko zamglone oczy.
− I to naprawdę było tak ważne?
− Było.
Powoli pokiwała głową. Przygryzła w zamyśleniu wargę, by w końcu wspiąć się na palce i też pocałować Andrzeja.
− Ja też cię kocham – powiedziała pewnym głosem.
I nic więcej się już nie liczyło.



Z wielką przyjemnością przedstawiam rozdział trzydziesty trzeci. Nie ukrywam, że pomimo chronicznego braku czasu, miałam radochę, gdy go pisałam. Liczę więc, że i Wy mieliście radochę, gdy go czytaliście. 

Nico odwiedził rodziców adopcyjnych. Stephane odetchnął z ulgą, że jego żonie nic nie jest. A Andrzej i Joyce przeżywają romantyczny wypad do Monachium. Czego chcieć więcej? 
Jak zwykle z niecierpliwością czekam na komentarze. 
Pozdrawiam
Violin
Netka Sidereum Graphics