sobota, 10 listopada 2018

Rozdział 42

Nico jęknął cicho i zmęczony opadł na swoje łóżko. Nigdy by nie przypuszczał, że posiadanie młodszego rodzeństwa może być aż tak męczące. Spędził cały, calusieńki dzień na zabawie z Timim i Manoline i czuł się po prostu wykończony. Oglądanie seriali to był pikuś. Gdy w domu niespodziewanie pojawiło się wujostwo rodzeństwa, cała trójka została wygoniona na zewnątrz. Zaczęły się więc rolki, rowery, a Timote za punkt honoru uznał sobie nauczenie starszego brata grać w siatkówkę. Co skończyło się tym, że prawie wybił Nicolasowi palce, a przedramiona starszego chłopaka już chyba na stałe przyjęły kolor dojrzałych pomidorów. 
Znudzonym ruchem ręki sięgnął po telefon i zaczął bezmyślnie przeglądać portale społecznościowe. Nie spodziewał się znaleźć niczego ciekawego. Na szczęście opinia publiczna zaskakująco dobrze przyjęła fakt, że Stephane Antiga ma jeszcze jednego syna. Trener udzielił jedynie krótkiego wyjaśnienia, skąd taka, a nie inna sytuacja i potem mu odpuszczono. Głównie dlatego, że trwała Liga Narodów, więc w Polsce wszyscy żyli rozgrywkami i decyzjami nowego trenera. A że Vital Heynen był nieobliczalny, to ściągał na siebie całą uwagę. 
W innych krajach mało kto o Stephanie słyszał. 
Nicolas wyłączył Facebooka i automatycznie przeszedł na Instagrama. Nie miał zbyt wielu znajomych, przesiadywanie w Internecie było więc mu obce, ale jeden profil odwiedzał regularnie. 
Przesunął palcem po ekranie i zamarł. Shoe dodał nowe zdjęcie. Tylko nie zwykłe, spokojne zdjęcie, ale takie, na którego widok żołądek Francuza wykonał fikołka. 
Na fotografii był oczywiście Sharone. Uśmiechał się od ucha, na głowie miał urodzinową, różową czapeczkę, a na policzkach ktoś namalował mu złote gwiazdki. Ramieniem obejmował jakąś dziewczynę o azjatyckiej urodzie i równie błyszczącym makijażu. To ona robiła selfie, jednocześnie trzymając telefon i całując siatkarza w policzek. 
To była Maya. 
Nicolas ze złością rzucił komórką tak, że ta wylądowała po drugiej stronie łóżka. Odwrócił się na brzuch, warknął przeciągle, a potem z irytacją schował twarz w poduszce. Tak naprawdę nie wiedział, co zdenerwowało go bardziej – zdjęcie, czy osobista reakcja na widok przyjaciela z jakąś dziewczyną. Uczucie zazdrości, które pojawiło się w sercu Francuza było tak irracjonalne, że aż nie przyzwoite. 
− O ci w ogóle chodzi? – zapytał sam siebie. – Przecież obydwaj jesteście dorośli, to przecież normalne, że Shoe spędza czas z jakąś dziewczyną. W końcu jest facetem co nie? A może jesteś zazdrosny o to, że może dobrze bawić się bez ciebie? 
Ponownie jęknął cicho i znów opadł na poduszkę. Był zły na samego siebie i na ten idiotyczny stan, którego nie potrafił zdefiniować. Nigdy nie był o nikogo zazdrosny. W liceum to dziewczyny ganiały za nim, a nie on za nimi. Owszem, niektóre go pociągały, podobały mu się, ale nie wzdychał nigdy do żadnej. Ba, wręcz przeciwnie, często wykorzystywał swój urok osobisty do własnych celów. Uwodził to jedną, to drugą dziewczynę, zdobywał potrzebne informacje, a potem z nią zrywał. Oczywiście starał się to robić delikatnie, nie zamierzał nikogo krzywdzić. Zdarzało się nawet, że bawił się potem w swatkę i znajdywał dla swoich byłych nowych partnerów. Nigdy za żadną nie tęsknił. 
Ale teraz było inaczej. Wrócił do Polski zaledwie dwa tygodnie wcześniej, a miał wrażenie, że minęły całe wieki. Z jednej strony cieszył się, że znów jest z rodziną, ale jednocześnie brakowało mu tego porąbanego atakującego, z którym tak bardzo się zżył. 
Czego też nie rozumiał. Przecież poznali się zaledwie w lutym. Na początku Shoe miał tylko pomóc Nicolasowi zbliżyć się do ojca. Nikt nie przypuszczał, że tak szybko staną się przyjaciółmi. 
Dodatkowo jednym z ważniejszych, jak nie najważniejszych, był fakt, że Evans był mimo wszystko mężczyzną. Nico nigdy nie czuł nic podobnego w stosunku do innego chłopaka, jeszcze do niedawna uważał, że to porostu zwykła wdzięczność, coś normalnego u przyjaciół, ale teraz z każdym kolejnym dniem zaczynał wątpić w siebie. 
Nagle przypomniał sobie słowa ojca. O co mogło chodzić? Z czego miałby sobie nagle zdać sprawę? Co miałoby być dla niego trudne? Co takiego widział tata?  I dlaczego od razu mu o tym nie powiedział?
Usiadł niechętnie i sięgnął po telefon. Włączył ekran i niechętnie jeszcze raz spojrzał na zdjęcie Sharona. Przez chwilę wpatrywał się w jego brązowe, roześmiane oczy i miał wrażenie, że dosłownie słyszy śmiech siatkarza. Czuł się tak, jakby Evans miał za moment w kroczyć do pokoju, by przez zaciśnięte zęby oskarżyć przyjaciela o użycie nieswojego ręcznika. 
Jednak nic takiego nie nastąpiło. W domu panowała przeraźliwa wręcz cisza, a Shoe był te kilkanaście tysięcy kilometrów dalej, w innym kraju, na innym kontynencie. 
A Nico nadal nie wiedział, dlaczego to tak strasznie bolało. 

***

Czerwona lampka zgasła, a czajnik pstryknął cicho. Natalii przetarła dłonią podkrążone oczy i mechanicznie zalała sobie kawę. Była niedziela, teoretycznie dochodziła dziesiąta, ale ona czuła się tak, jakby musiała wstać o piątej. 
A wszystko za sprawą ząbkującej Justin, której zęby wyżynały się w partiach, co jakiś czas urządzając rodzicom prawdziwy chaos. 
Kobieta oparła się o kuchenny blat i zacisnęła palce na gorącym kubku. Wsłuchała się w panującą w mieszkaniu ciszę. Była wręcz nierealna. 
− Cześć, Nat!
Zupełnie nagle w kuchni pojawił się Isaac. Nadal w pidżamie, z uśmiechem od ucha do ucha, usiadł sobie przy stole i zaczął wesoło machać nogami. Wyglądało na to, że nocne wybryki siostry nie robiły na nim żadnego wrażenia.
− Cześć, młody. – Natalii posłała chłopcu zmęczony uśmiech. – Chcesz coś konkretnego na śniadanie?
− Nie wiem. – Beznamiętnie wzruszył ramionami. Zaraz jednak podrapał się w zamyśleniu po brodzie.  – Mogę sobie zrobić tosty z nutellą? – zapytał. – Już dawno nie jadłem, a dzisiaj niedziela! – Przybrał minę smutnego szczeniaczka. 
− Rób co chcesz. – Nat jedynie z zrezygnowaniem machnęła ręką. Oczywiście na co dzień razem z Samikiem, ograniczali młodemu spożycie cukru, a już w szczególności tego przetworzonego, ale dzisiaj zdecydowanie nie miała ochoty samemu przygotowywać czegoś fajnego dla pasierba. Zresztą każdemu należy się coś od życia, nieprawdaż? 
Isaac może nie był dzieckiem czekolady, ale tosty z nutellą lubił. Z radością więc, zsunął się z krzesła i podreptał w kierunku szafki, gdzie trzymane było pieczywo. 
Natalii, z narastającym niedowierzeniem, obserwowała go spod przymrużonych powiek. Justin przepłakała prawie całą noc, ale jej brat był tak wesoły jak nigdy. 
− Coś ty dzisiaj taki rozradowany? – rzuciła w końcu, gdy chłopiec usiadł z powrotem przy stole i zabrał się za jedzenie. 
− Jak mógłbym się nie cieszyć?! – oburzył się nieznacznie. – Przecież za dwa tygodnie wraca mama! 
Uśmiechnęła się nieznacznie i ze zrozumieniem pokiwała głową. Może i Isaacowi dobrze mieszkało się z tatą i jego partnerką, może i był tutaj szczęśliwy, ale jednak mama to mama. 
− Pewnie nie możesz się już doczekać, gdy znów ją zobaczysz? 
− Oczywiście! Znaczy się… − Nerwowo poruszył się na krześle. – Tu też jest fajnie. Ty i tata jesteście super i… − Zakłopotany spuścił wzrok. 
− Spokojnie, przecież ja to rozumiem. – Nat czule poczochrała czuprynę młodego. 
Momentalnie znów się rozpromienił. Wgryzł się w swojego tosta, a na jego twarzy pojawił się błogi uśmiech. 
− Ale co rozumiesz? 
Do kuchni wkroczył Samik. Czule cmoknął narzeczoną w policzek, poklepał syna po głowie ( co spotkało z jego cichym syknięciem), a potem zabrał się do robienia własnej kawy. Nadal ubrany był jedynie w slipki i szlafrok, przez co prezentował się niespecjalnie poważnie. 
− Wszystko, skarbie. – Natalii posłała mu pobłażliwe spojrzenie. – Ja wszystko rozumiem. 
− W to nie wątpię – prychnął. – Inaczej już dawno byś ze mną zwariowała. 
Cicho parsknęła śmiechem. Już chciała się odgryźć, gdy nagle ktoś zadzwonił do drzwi. 
Zmarszczyła ze zdziwieniem brwi. Goście? O tej porze? Nikt się nie zapowiadał. 
Za nim zdążyła zareagować, Guillaume już otwierał drzwi. Gdy zobaczyli, kto stoi za progiem, ich zaskoczenie było jeszcze większe. 
− Stephanie? Stephane? Co wy tu robicie? 
Na widok małżeństwo, Nat poczuła w sercu ukłucie przerażenia. Para zdecydowanie nie wyglądała normalnie. Obydwoje byli nieprzyzwoicie wręcz bladzi i patrzyli tak smutnym wzrokiem, że aż przykro się człowiekowi robiło. Dodatkowo trenerowi z zdenerwowanie trzęsły się ręce, a gdy jego żona zobaczyła Isaaca, przełknęła głośno ślinę. 
− Przyszliśmy porozmawiać – wychrypiała słabo. – Poważnie porozmawiać. Isaac, skarbie, czy mógłbyś zostawić nas na chwilę samych? – poprosiła, wymuszając uśmiech. 
Chłopiec zawahał się, ale powoli pokiwał głową. Odstawił talerz do zlewu, a potem bez słowa zniknął w swoim pokoju. 
Zostali sami. Natalii zaproponowała coś do picia, jednak małżeństwo zgodnie odmówiło. 
− Więc co się stało? – zapytał Samica, gdy w końcu w czwórkę usiedli przy kuchennym stole. 
Para wymieniła znaczące spojrzenia, jakby przerzucając na siebie odpowiedzialność za rozpoczęcie tej rozmowy. 
Teraz Nat była już pewna, że nie chodzi o nic dobrego. Co chwilę mimowolnie zerkała na okrągły brzuch Stephanie. W jej głowie pojawiła się przerażająca myśl, że może chodzić o maluchy. A co jeśli któremuś coś się stało? Jeśli coś poszło nie tak? A jeśli któreś jest chore? 
Zaraz jednak skarciła samą siebie. Przecież gdyby chodziło o bliźniaki, to najpierw małżeństwo postarałoby się rozwiązać wszystko samemu. I owszem, powiedzieliby przyjaciołom, ale nie przychodziliby do nich o dziesiątej rano w niedziele. 
Musiało więc chodzić o coś innego. 
− Dostaliśmy wczoraj pewną wiadomość – zaczął niepewnie Stephane. – Przyjechali moi bracia, bo… bo to dotyczy całej rodziny. A w szczególności Isaaca. – Nerwowo zerknął w stronę sypialni chłopca. – Nie mammy pojęcie, jak mu o tym powiedzieć, więc pomyśleliśmy, że najpierw powiemy wam, bo tak będzie łatwiej i… 
− Możesz w końcu przejść do sedna? – pogonił go Guillaume. – Nie będziemy tu chyba siedzieć cały dzień. 
Trener nieznacznie kiwnął głową. Zacisnął palce na krawędzi stołu, a potem wydukał: 
− Danielle nie żyje. 
Natalii zamarła. Miała idiotyczne wrażenie, że się przesłyszała. 
− Możesz powtórzyć? – poprosiła słabym głosem. 
− Danny nie żyje. Zginęła w piątek, w wypadku samolotu w Andach.
Zakręciło jej się w głowie. Świat zawirował, traciła grunt pod nogami. Wpatrywała się w trenera szeroko otwartymi oczami, desperacko szukając jakiś oznak, że to tylko głupi żart. 
Ale Stephane był śmiertelnie poważny. 
Kątem oka spojrzała na Samika. Przyjmujący siedział nieprzyzwoicie wyprostowany, z lekko uchylonymi ustami i z każdą sekundą robił się coraz bledszy. 
− Ale… ale jak to? – wychrypiał. 
− Jeszcze nie wiemy – westchnęła Stephanie. – Śledczy dopiero rozpoczęli pracę. To był malutki samolot. Stary model. Może nigdy nie odkryją prawdy.
Natalii zamrugała szybko, starając się opanować zbierające się po powiekami łzy. Jak to Danielle nie żyje? Przecież to było zupełnie absurdalne! I nierealne! Owszem, spotkały się tak naprawdę tylko raz, ale Nat czuła jakąś dziwną więź z tą chłodną Francuzką. Może chodziło o Isaaca? Albo fakt, że były rówieśniczkami? 
Odruchowo zerknęła na drzwi od pokoju młodego, a z jej ust wyrwał się cichy jęk. Wyobraziła sobie, jak chłopiec zareaguje na wieść, że jego ukochana mama nie żyje, że nigdy jej już nie zobaczy. 
Matczyne serce Nat pękło na pół. Nie mogła dłużej powstrzymywać łez. 
− Ja… sam nie wiem, co powiedzieć. – Samik przeczesał dłonią włosy i z cichym świstem wypuścił powietrze. – Nie spodziewałem się… Nikt by się nie spodziewał. Danielle nie była idealna, ale była dobrą osobę. Kurczę, to straszne. – Z niedowierzeniem pokręcił głową. 
− Do nas też to jeszcze  nie dociera – przytaknął Stephane. – Ledwo sam sobie radzę z faktem, że… − Znów przełknął głośno ślinę. – Że Danny już nie ma. A jeszcze trzeba poinformować Isaaca. 
− O czym poinformować? 
Jak na zawołanie, wszyscy wyprostowali się gwałtownie. W progu kuchni stał bowiem nie kto inny, tylko Isaac Antiga we własnej osobie. Z buńczuczną miną i zaciśniętymi pięściami, mierzył dorosłych chłodnym wzrokiem, dokładnie takim samym, jakim obdarzała ludzi jego matka. 
− Chodzi o mamę, prawda?! Coś jej się stało? – zapytał piskliwym głosem chłopiec. – Mówcie! 
Natalii spojrzała z przerażeniem na Samika. Czy Isaac słyszał całą rozmowę? A jeśli nie, to ile już wiedział? Czy słyszał, że mama zginęła? 
Przyjmujący przełknął głośno ślinę, a potem niepewnie wstał od stołu. Podszedł do syna i przykucnął przed nim tak, że teraz to młody patrzył na tatę z góry. 
− To… nie wiem od czego zacząć… − Westchnął głęboko, nieudolnie próbując znaleźć odpowiednie słowa. – Wiem, że to będzie dla ciebie bardzo, bardzo trudne, ale twoja mama nie żyje. Zginęła dwa dni temu w wypadku samolotowym. 
Isaaca zamurowało. Stał jak słup soli, z lekko uchylonymi ustami i szeroko otwartymi oczami. Najpierw pobladł gwałtownie, potem zaczerwienił się, by na końcu znów zblednąć. Oddychał płytko, a jego ramiona drżały. 
− Isaac? – Guillaume niepewnie zerknął na syna, w napięciu czekając, na jego reakcje. 
To podziałało na chłopca, jak płachta na byka. Odskoczył do tyłu. Spojrzał najpierw na ojca, potem na Natalii, by w końcu stanowczo pokręcić głową. 
− To niemożliwe! – wybuchnął. – Kłamiecie! Mama nigdy by mnie nie zostawiła! – Odwrócił się na pięcie i za nim, ktokolwiek zdążył zareagować, zniknął w swoim pokoju. 
Oczywiście Samik momentalnie pobiegł za nim. Jak szalony dopadł do drzwi, jednak gdy nacisnął klamkę, okazało się, że coś blokuje je z drugiej strony. 
− Isaac?! Proszę, wpuść mnie! – Desperacko uderzył pięścią w ciemne drewno.
Chłopiec nie zareagował. Wszyscy byli pewni, że siedzi na podłodze w sypialni i plecami blokuje drzwi. 
Przyjmujący zapukał jeszcze raz. I jeszcze. Przez kilka długich chwil desperacko próbował dostać się do syna, aż w końcu Natalii stwierdziła, że to bez sensu. Wstała od stołu, podeszła do ukochanego i delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu. 
− To nic nie da – wyszeptała. – Widać musi pobyć sam. 
Siatkarz jęknął cicho i z zrezygnowaniem osunął się na ziemię. 
− Jestem jego ojcem – mruknął, opierając się o drzwi. – Muszę coś zrobić! 
Nat pokręciła powoli głową. Przyklęknęła obok narzeczone, a potem zerknęła jeszcze na Stephanie. Obydwie czuły to samo, obydwie zrobiłby teraz wszystko, by przywrócić Danielle do życia, by Isaac nie musiał cierpieć. 
− Powiecie nam kiedy będzie pogrzeb, prawda? – zapytała, drżącym głosem. Sama nie dowierzała w to, co mówi, ale wiedziała, że ktoś musi zachować zdrowy rozsądek. 
− Oczywiście – przytaknęła Francuzka. – I jeśli czegokolwiek byście potrzebowali, to mówcie. Najważniejszy jest w tym momencie Isaac. 
Natalii uśmiechnęła się smutno. Choć wiedziała, że bez względu na wszystko, nadejdzie teraz dla nich trudny czas, to była zdecydowanie spokojniejsza wiedząc, że zawsze może liczyć na przyjaciółkę. 
W tym momencie Stephane odchrząknął znacząco. Spojrzał na swoją żonę i nieznacznie kiwnął głową. 
− My już będziemy się zbierać – zwrócił się do drugiej pary. – Techniczne szczegóły uzgodnimy, gdy już wszystko trochę się uspokoi. 
Przytaknęła szybko, odruchowo obejmując ręka Samika. Przyjmujący nawet nie drgnął. Dopiero, gdy małżeństwo wyszło, powoli podniósł się z ziemi i powłócząc nogami wrócił do kuchni. 
− I co my teraz zrobimy? – zapytał, opierając się o kuchenny blat. 
− Nie mam pojęcia. – Natalii podeszła do ukochanego i wtuliła się w jego pierś. Przymknęła nieznacznie oczy, z ulgą wdychając znajomy zapach. Niczego więcej nie potrzebowała. – Ale wiem jedno – wyszeptała. − nie możemy pozwolić, by Isaac cierpiał. Tylko my mu zostaliśmy. 

***

Andrzej bardzo powoli wspinał się po schodach, w dłoni cały czas ściskając telefon. Nerwy dosłownie zżerały go od środka. Przez pół dnia próbował dodzwonić się do Jocelyne, ale ona nie odbierała. Na początku sądził, że może trwa druga część rodzinnego spotkania, ale gdy zegar wskazał piątą po południu, a kobieta nadal nie dawała znaku życia, zaczął się naprawdę denerwować. Rzucił więc wszystko i po prostu ruszył do jej mieszkania. 
Stanął w końcu na właściwym piętrze i szybko nacisnął odpowiedni dzwonek. Przez chwilę z niecierpliwością przestępował z nogi na nogę, aż w końcu drzwi otworzyły się z cichym świstem i na progu pojawiła się Joyce. 
− Oh, to ty. – Na widok mężczyzny Francuzka uśmiechnęła się smutno. – Wchodź, proszę – przepuściła go w drzwiach. – Przepraszam, że nie odbierałam telefonu, ale miałam sporo na głowie. 
Wrona niepewnie wszedł do środka. Przeszedł do salonu, a gdy zobaczył otwarte pudełko z lodami cytrynowymi i lekki kocyk, coś go tknęło. Odwrócił się na pięcie, a potem zmierzył ukochaną uważnym spojrzeniem. 
− Co się stało? – zapytał, gdy dostrzegł bladą cerę i zaczerwienione oczy. 
Joyce zacisnęła usta w wąska kreskę. Minęła siatkarza, usiadła na kanapie, zarzuciła na ramiona kocyk i wzięła do ręki lody. 
Andrzej nie miał wyjścia, musiał do niej dołączyć. Usiadł więc obok, z niecierpliwością czekając na jakieś słowa wyjaśnienia. 
− Moja siostra nie żyje – wydukała w końcu. – Katastrofa samolotu. Nikt nie przeżył. 
Zbaraniał. Nie tego się spodziewał. Przez ułamek sekundy, zastanawiał się, czy na pewno dobrze usłyszał, a potem ogarnęła go panika. Nie bardzo wiedział, jak zareagować, więc jedynie objął kobietę ramieniem i przyciągnął do siebie. 
Jocelyne oparła głowę na barku partnera, pusty wzrok wlepiając w ścianę. 
− Płakałam – kontynuowała beznamiętnym głosem. – W końcu to straszne. Zginęła Danielle. Ale to było wczoraj. Dzisiaj… dzisiaj już nie potrafię – przyznała. 
Przełknął głośno ślinę. Nadal nic nie mówił, jedynie pokrzepiająco głaskał ukochaną po plecach. 
− A chyba powinnam płakać. Przecież Danny była moją siostrą. Jedyną. Może nie byłyśmy ze sobą jakoś specjalnie blisko, ale jednak… Byłyśmy rodziną. Jest mi smutno, to prawda, ale mam wrażenie… czuję się tak, jakby wiedziała, że to nastąpi – wyszeptała. – Jakbym była przygotowana na to, że umrze. – Odwróciła głowę, chowając twarz w koszuli siatkarza. Jej urywany oddech był jedynym dźwiękiem, słyszalnym w mieszkaniu.
Andrzej westchnął głęboko i czule pocałował Joyce w czoło. Nigdy nie przypuszczałby, że będą musieli stanąć twarzą w twarz z śmiercią bliskiej osoby. Nie był przygotowany na tego typu sytuacje, a już na pewno nie na wątpliwości, które teraz targały Jocelyne. 
− Czuję się podle – wyznała. – Danielle była moją siostrą, a ja nie potrafię nawet porządnie po niej rozpaczać. Mam nawet idiotyczne przeczucie, że bardziej bym płakała, gdyby chodziło Stephanie. – Pokręciła z dezaprobatą głową. 
− Nie możesz się oskarżać – próbował ją pocieszyć. – W rodzinie bywa różnie. Nie cieszysz się przecież, że nie żyje, przeżywasz to, ale na swój sposób. Zresztą, z tego co mówiłaś, ona też nie była specjalnie uczuciowa. 
− No niby tak – mruknęła. – Ale ja nigdy nie byłam nią! Zawsze wydawało mi się, że mam… no wiesz… trochę cieplejsze wnętrze. 
− Nigdy nie poznałem twojej siostry, ale zapewne tak jest. Jednak nikt nie jest idealny, co nie? Myślę, że Danny nie miałaby ci za złe, że nie szlochasz nad jej grobem jak opętana. 
Joyce uśmiechnęła się nieznacznie. Zaraz jednak się opamiętała.
− Nie wolno tak żartować o zmarłych – fuknęła, szturchając palcem pierś mężczyzny. 
− Przecież nie żartuję z Danielle, tylko z ciebie! – sprostował. – A tego jeszcze nie zdążyłaś mi zakazać. 
W odpowiedzi Jocelyne jedynie pokręciła z rezygnacją głową. Jeszcze bardziej wtuliła się w ramiona siatkarza, a jej oddech zaczął się uspokajać. 
Andrzej schował twarz we włosach ukochanej, z ulgą wdychając jej delikatnych zapach. Niczego więcej nie potrzebował. Choć sytuacja była trudna, jak nie beznadziejna, to w tamtym momencie, czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. W końcu trzymał w ramionach kobietę, którą kochał i która kochała jego. Czego chcieć więcej? 
Siedzieli tak, w zupełnym milczeniu, przez kilkanaście minut. Nie musieli nic mówić, wystarczyła po prostu obecność drugiej osoby. 
Nagle jednak Joyce wyplątała się z objęć siatkarza. Odwróciła się twarzą do Wrony, a potem czule pocałowała siatkarza. On oddał pocałunek, jednocześnie drugą ręką obejmując kobietę w pasie. 
− Nawet nie wyobrażasz sobie, jak strasznie się cieszę, że tu jesteś – wyszeptała, patrząc na ukochanego tymi dużymi, niebieskimi oczami, które tak kochał. 

− Ja też się cieszę. – Tym razem to on pocałował ją. – I obiecuję, że zawsze będę. 


W ten jakże mglisty ( przynajmniej u mnie) poranek, z przyjemnością przedstawiam Wam rozdział czterdziesty drugi. Dodaję go dzień wcześniej niż zazwyczaj ze względu na to, że wyjeżdżam i nie miałabym jak dodać go jutro, więc za punkt honoru postawiłam sobie skończenie go dzisiaj. 
Jak się spodobał? Jak zwykle z niecierpliwością czekam na wasze komentarze i za wszystkie z góry dziękuję. 
Pozdrawiam
Violin

niedziela, 4 listopada 2018

Rozdział 41

− Nie jestem przekonany, czy to dobry pomysł. – Andrzej zmierzył krytycznym spojrzeniem pobliskie stadko gołębi. Ptaków było dużo, nie wyglądały groźnie, ale prawda była taka, że jeszcze nie wiedziały, co je czeka. 
− No proszę, proszę! – Joyce złożyła dłonie w błagalnym geście. – Obiecuję, że będę mocno trzymała smycz Lambo. 
Siatkarz spojrzał na swojego pupila i westchnął z rezygnacją. Wyraz pyska psiaka mówił wyraźnie, czego chce. 
A chciał się pobawić z tą fajną, rudą panią, która ostatnio zaczynała pachnieć jego panem. 
− Niech będzie – mruknął Wrona. – Tylko błagam nie zabijcie żadnego gołębia. 
W odpowiedzi, Jocelyne jedynie wyszczerzyła się głupkowato, a potem porwała smycz Lambo i razem pobiegli w kierunku gołębi. Pies momentalni zaczął szczekać wesoło, za to jego nowa kumpela chichotała radośnie i cokolwiek psychopatycznie. Oczywiście ptakom się ta zabawa podobała mnie, z głośnym trzepotem skrzydeł podrywały się do lotu, ale póki żaden nie ucierpiał chyba było okej. 
Andrzej z pewnym dystansem przyglądał się wybrykom swojej partnerki. Zdecydowanie bieganie za gołębiami, przed dworce głównym, nie należało do normalnych. 
Jednocześnie jednak, na jego twarzy błąkał się nieśmiały uśmiech. Zbliżał się koniec czerwca i choć Joyce pracowała dopiero od trzech tygodni, to już przyznawała, że jej nowa praca jest stresując. Fajna, ale po całym dniu wychodziła tak zmęczona, że marzyła jedynie, by położyć się do łóżka. 
Nic więc dziwnego, że wszystko odrabiała w weekend. 
Westchnął cicho, przeczesując dłonią włosy. Nie był wstanie powiedzieć, kiedy te tygodnie minęły. Wydawało mu się, że dosłownie wczoraj wpadł na Jocelyne na pasach, że wczoraj dowiedział się o jej pokrewieństwie z Stephanem. 
A teraz mijał już piąty miesiąc odkąd się znali. Ich związek, mimo różnoraki perturbacji, rozwijał się wręcz idealnie. Oczywiście czasami sprzeczali się o jakieś głupoty, ale zaraz po kłótni, godzili się i to często w dość namiętny sposób. Na zmianę pomieszkiwali to u siatkarza, to znów u Francuzki, ucząc się wspólnego życia i ciesząc się każdą spędzoną razem chwilą. Jocelyne już dawno pozbyła się swoich irracjonalnych przekonań o „luźnym” związku, a Andrzej z każdym kolejnym dniem był coraz bardziej pewny, że chyba spotkał miłość życia. 
Odnalazł wzrokiem ukochaną i uśmiechnął się z rozmarzeniem. Mógł na nią patrzeć cały dzień. 
Jednak nagle zamarł. Jego oczom bowiem ukazała się scena, która była równie niespodziewana, co podnosząca ciśnienie. Z podziemnego tunelu wyszło dwóch mężczyzn, wyróżniających się w tłumie ponad przeciętnym wzrostem. Na ich widok Joyce zamarła na chwilę, by ułamek sekundy zapiszczeć radośnie, a potem wystrzelić w kierunku tajemniczych przybyszów. 
I oczywiście musiała pociągnąć za sobą kompletnie zdezorientowanego Lambo. 
Na oczach Andrzeja, Jocelyne wpadła w ramiona najpierw jednego z mężczyzn, potem drugiego, by na końcu obydwu ucałować w policzek. 
Tego było za wiele. Wrona zacisnął wściekle pięści i pewnym krokiem ruszył w stronę partnerki. 
− Witam – fuknął, przez ściśnięte zęby, gdy stanął oko w oko z nieznajomymi. 
Jednak Joyce, zamiast się wystraszyć, jedynie uśmiechnęła się jeszcze szerzej. 
− Super, że przyszedłeś. – Klasnęła wesoło. − Przynajmniej poznasz moich pozostałych braci. Oto David i Charlie.
Środkowy zbaraniał. Spojrzał na kobietę, zrobił wielkie oczy, a potem niepewnie zerknął na wyrośniętych jegomości. Dopiero teraz zauważył podobieństwo między nimi, a Stephanem czy Joyce. 
Wyższy mężczyzna, przedstawiony jako David, miał ciemne, kręcone włosy i charakterystyczny, chytry błysk w oku. Ubrany w czarne skórzane spodnie i biały T-shirt z logo jednego z metalowych zespołów, wydawał się być zupełnym przeciwieństwem swojego starszego brata i Andrzej nie zdziwiłby się, gdyby zaraz okazało się, że przyszły szwagier przyjechał do Polski na ogromnym motorze. 
Za to Charlie był prawie wierną kopią Stephana. Tak naprawdę różniło ich tylko może dziesięć centymetrów wzrostu. Taka sama, jasna czupryna, ciepłe spojrzenie, które posyłał zza drucianych okularów i błąkający się na twarzy uśmiech. W sweterku w serek i flanelowych spodniach wyglądał na profesora, ewentualnie bibliotekarza. 
− Miło mi poznać – wydukał w końcu, nadal zszokowany Andrzej. 
− To ty umawiasz się z naszą małą siostrzyczką? – David zmierzył siatkarza krytycznym spojrzeniem. – Serio, Joyce, musiałaś wybrać jednego z chłopców Stephana? 
− Coś ci nie pasuje? – prychnęła Jocelyne. 
− Po prostu pamiętam, jak to się skończyło w przypadku twojej siostry. 
− Ale ja nie jestem Danielle. I o tym też powinieneś pamiętać. 
Ich nad wyraz interesująco wymianę zdań, przerwało znaczące chrząknięcie Charliego. Najmłodszy z braci Antiga, spojrzał na rodzeństwo smutnym wzrokiem, a potem poprosił cicho. 
− Możecie zostawić kłótnie na później? Mamy ważniejsze sprawy do załatwienia. 
Joyce zmarszczyła ze zdziwieniem brwi. Zerknęła niepewnie na Davida, ale on jedynie z zrezygnowaniem pokręcił głową. 
− Przyjechaliśmy porozmawiać z tobą i Stephanem – wyjaśnił. – To ważna rodzinna sprawa, więc… − Uśmiechnął się przepraszająco do Andrzej. 
Wrona pokiwał ze zrozumieniem głową. Nie zamierzał wpychać się tam, gdzie nie jest potrzebny. 
− Ale o co chodzi? – Jocelyne miała jednak inne zdanie na ten temat. – I dlaczego Andrew nie może się dowiedzieć. 
− Nie, że nie może – zaprzeczył szybko Charlie. – Tylko po prostu najpierw musimy obgadać wszystko we czwórkę. Potem możesz powiedzieć komu ci się żywnie podoba. 
− I musimy to załatwić szybko – dodał David. – Najlepiej natychmiast. 
Kobieta zacisnęła usta w wąską kreskę. Jeszcze raz spojrzała na swoich braci, potem na Andrzeja, by w końcu jęknąć cicho i nerwowo odgarnąć twarzy kosmyki rudych włosów. 
− Nie będziesz zły, jak z nimi pójdę? – zapytała. – Wiem, że mieliśmy spędzić razem cały dzień, ale ci dwaj nie dadzą mi spokoju. 
− Luzik. – Środkowy wzruszył ramionami. – Rodzina jest przecież najważniejsza. 
Posłała mu pełen wdzięczności uśmiech. Następnie przygryzła w zamyśleniu wargę i po chwili wahania, zarzuciła ręce na szyję ukochanego, by pocałować go namiętnie. 
Lekko zaskoczony Andrzej, oczywiście oddał pocałunek, mając wrażenie, że przez całe ciało przechodzi prąd. 
− A wy nawet nie ważcie się do niego zbliżyć – warknęła do braci Jocelyne, gdy w końcu oderwała się od partnera. 
Dopiero teraz Wrona zauważył, że jest dosłownie zabijany wzrokiem. Może i bracia Antiga różnili się wyglądem, charakterem, czy też zawodem, ale całą trójkę łączył jeden, istotny fakt – nikt nie miał prawa nawet tknąć ich małej siostrzyczki. 
Środkowy uśmiechnął się z zakłopotaniem i już miał coś palnąć, jednak w porę uprzedziła go Joyce. Wepchnęła mu do ręki smycz Lambo, jeszcze raz na pożegnanie cmoknęła siatkarza w policzek, a potem odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę dworca. 
− A wy na co czekacie?! – Pospieszyła braci. – Chcecie dojechać do Stephana, czy nie?! 
− Oczywiście, że chcemy! – Odkrzyknęli chórem po czym pobiegli za siostrą. 
A Andrzej znów został sam ze swoim psem. 

***

Stephanie bardzo powoli wchodziła na piętro. Starannie wymierzała kolejne kroki, jedną dłonią kurczowo trzymając poręcz, a drugą obejmując ciążowy brzuch. Choć swoje nienarodzone dzieci kochała ponad wszystko, to w tamtym momencie znów przeklinała własną nie mobilność, spowodowaną głównie faktem, że dzieci było dwoje. W poprzednich ciążach, na tym etapie była wstanie robić prawie wszystko. Tym razem, mimo że był do dopiero dwudziesty piąty tydzień, już czuła się jak słoń w składzie porcelany. 
O nadwyrężonym kręgosłupie i opuchniętych kostkach nie chciała nawet wspominać. 
W końcu pokonała ostatni schodek. Przystanęła, by wziąć kilka głębokich wdechów, a potem ruszyła w stronę pokoju Tima. 
Zmarszczyła ze zdziwieniem brwi, gdy ujrzała córkę, siedzącą pod drzwiami sypialni brata. Na widok mamy, Manoline poderwała się z podłogi, krzyżując ręce na piersi i przybierając najbardziej obrażoną minę, na jaką było ja stać. 
− Nie chcą mnie wpuścić do środka! – fuknęła, tupiąc nogą niczym małe dziecko. – I to tylko dlatego, że jestem dziewczyną. Dlaczego nie mam dwóch starszych sióstr?! 
− Takie pytania kieruj do swojego rodzonego ojca – poradziła szczerze Stephanie. – To on jest za to odpowiedzialny. 
− Ale tata jest z nimi!  
Kobieta zamilkła. Wzniosła oczy ku niebu i po raz tysięczny poprosiła opatrzność o cierpliwość. Robiła tak od ponad piętnastu lat i jak na razie, opatrzność całkiem nieźle sobie radziła. 
− Poradzę ci coś, skarbie. Jak kobieta, kobiecie – posłała dziewczynce krzywy uśmiech. – Większość facetów nigdy nie dorasta. 
Manoline cicho parsknęła śmiechem. Pokiwała z uznaniem głową, a potem przepuściła mamę w drzwiach. Nie odeszła jednak daleko, chyba licząc na to, że Timote dostanie porządnie po głowie. 
Stephanie jednak na razie nie miała zamiaru robić nikomu awantury. A przynajmniej do czasu, gdy dowie się, kto doprowadził do wykruszenia się tynku na suficie w kuchni. 
Nacisnęła klamkę i powoli weszła do pokoju. Na pierwszy rzut oka wszystko było w porządku. W środku panował nieprzyzwoity wręcz porządek, nigdzie nie walały się brudne skarpety, ani figurki super-bohaterów, co już było dużym sukcesem. 
Problemem była noga. Długa, owłosiona noga, zwisająca z drewnianej drabinki. 
Zgodnie z obietnicą, Timo dostał swoją bazę – niewielki drewniany domek, zamontowany nad łóżkiem chłopca spełniał wszelkie kryteria prawdziwej kryjówki. Można było w nim spokojnie poczytać komiksy, pooglądać filmy albo zjeść całką tabliczkę czekolady w tajemnicy przed młodszą  siostrą. 
Do domku prowadziła drabinka. I to właśnie z niej zwisała wcześniej wspomniana noga. 
Stephanie podeszła bliżej. Zacmokała z dezaprobatą, a potem znudzona do granic możliwości, bezpardonowo połaskotała gołą łydkę. 
Z domku dobiegł do niej spanikowany rechot. Noga drgnęła kilka razy, by w końcu zniknąć z powrotem w kryjówce. Chwilę później w otworze wejściowym pojawiła się głowa Stephana, a za nią twarzyczki jego synów. 
Nawet nie chciała wiedzieć, jak oni się tam wszyscy pomieścili.
− Cześć, skarbie. – Na widok żony, mężczyzna próbował uśmiechnąć się niewinnie. 
− Co wy robicie, chłopcy? – zapytała z zrezygnowaniem Stephanie. 
− Nic nielegalnego, przysięgam!
Posłała mu mordercze spojrzenie, po raz kolejny zastanawiając się, kiedy zgodziła się wychowywać kolejne dziecko. 
− Tata, ma rację! – odezwał się Timote. – Przecież my tylko robimy sobie maraton seriali DC! Czy to jest zakazane? – Wyszczerzył się głupkowato. 
− Oczywiście, że nie – prychnęła kobieta. – Ale już mogę się czepiać faktu, że w kuchni odpadł tynk z sufitu. I jak to wyjaśnicie? 
Cała trójka synchronicznie przełknęła ślinę i z zakłopotaniem podrapała się po głowie. Timo zerknął znacząco na tatę, ten spojrzał na Nicolasa, a on dla odmiany wlepił wzrok w młodszego brata. 
W końcu Stephane postanowił wziąć na siebie całą odpowiedzialność. 
− Spadłem na podłogę – przyznał niechętnie. – Stąd ten huk. A że swoje ważę… Tak jakoś wyszło. – Rozłożył bezradnie ręce. 
− Ale nic sobie nie zrobiłeś? – W głosie Stephanie momentalnie pojawiła się troska. 
Mężczyzna stanowczo pokręcił głową. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w tym momencie, ktoś zadzwonił do drzwi. 
Małżeństwo wymieniło zaskoczone spojrzenia. Nikt nie zapowiadał wizyty. 
− Chyba muszę się zwijać – sapnął Stephane, zsuwając się z drabinki. – Powiecie mi później, co było dalej – poprosił, a chłopaki zgodnie pokiwali głowami. 
Para opuściła pokój syna i zeszła na dół, po drodze mijając szczerze zawiedzioną Manoline. 
Drzwi otworzyła z Stephanie. Najpierw jej wzrok padł na Jocelyne. Jej obecność niespecjalnie ją zdziwiła. 
Ale gdy zobaczyła, z kim przyszła, poczuła się co najmniej dziwnie. 
− Charlie? David? Co wy tu robicie? 
− To już nie możemy odwiedzić naszego najukochańszego braciszka i jego pięknej żony? – David uśmiechnął się szeroko, a potem chwycił dłoń kobiety i ucałował ją szarmancko. – Nie wiem jak ty to robisz, Stephanie, ale jesteś jeszcze piękniejsza niż ostatnio. 
Stephanie spojrzała na niego z pobłażaniem. Już dawno przyzwyczaiła się do zachowania drugiego z braci Antiga i nigdy nie traktowała jego pseudo zalotów poważnie. Nikt zresztą tego nie robił, choć nie powstrzymało to Jocelyne od zdzielenia brata w potylicę. 
− Zachowuj się – warknęła karcąco, a potem zwróciła się do bratowej. – Jest Stephane? Bo ci dwaj mają jakąś ważną rodzinną sprawę. 
− Tu jestem! – Z kuchni wyłonił się trener. – Dawno nie widzieliśmy się w komplecie! Czyżby szykowała nam się bratnio-siostrzana pogawędka? Tylko jak zwykle brakuje Danielle. 
David jakby nagle zmarkotniał. Wyprostował się gwałtownie, przybierając nadzwyczaj poważną minę i nerwowo zerknął na Charliego. Najmłodszy z braci westchnął głęboko, poprawił zsuwające się z nosa okulary i zaproponował: 
− Może usiądziemy? – zaproponował. 
Stephane jedynie beznamiętnie wzruszył ramionami. Zaprosił rodzeństwo do salonu, gdzie mogli spokojnie porozmawiać. 
Stephanie na początku chciała zostawić ich samych, ale wystarczyło jedno spojrzenie Joyce, by została. Mimo że jeszcze nie wiedziały, o co chodzi, to czuły, że w tej sprawie przyda się kobieca ręka. 
− W takim razie mówcie, co was sprowadza do Warszawy? – Stephane usiadł wygodnie w fotelu i założył nogę na nogę. – Zwykle to ja i Joyce przyjeżdżamy do was, a nie odwrotnie. 
− Pomyśleliśmy, że łatwiej będzie nam wpaść tutaj, niż odwrotnie – wyjaśnił Charlie. – Szczególnie, że to sprawa niecierpiąca zwłoki. 
− No i chcieliśmy ją załatwić jak najdalej od rodziców – wtrącił David. – Najważniejsze było to, by jeszcze się nie dowiedzieli. 
− O czym? – prychnęła Joyce. – Przyznajcie się, co znowu zmalowaliście. 
Bracia wymienili smutne spojrzenia. David poruszył bezgłośnie ustami, a Charlie zgodnie pokiwał głową. Przygryzł w zamyśleniu wargę, skrzyżował ręce na piersi i spuścił wzrok. Milczał przez dłuższą chwilę, jakby starannie dobierając słowa, a z każdą kolejną sekundą w pomieszczeniu rosło napięcie. 
− Danielle nie żyje – powiedział grobowym tonem. 
Zapadła grobowa cisza. Wszyscy wpatrywali się w Charliego, szeroko otwartymi oczami, niedowierzając w to, co usłyszeli. Jego słowa, choć niosły poważną treść, brzmiały jak głupi żart, którego nie powinno się wypowiadać. 
Jednak doskonale wiedzieli, że Charlie nie jest typem żartownisia. 
I chyba to przerażało ich najbardziej. 
− Ale… ale jak to? – wychrypiał w końcu Stephane. 
Stephanie zacisnęła usta w wąską kreskę. Jej myśli błądziły jak oszalałe, ale wpatrzona w pobladłą twarz męża, czuła rozchodzący się po całym ciele strach. 
− Wypadek samolotowy – wyjaśnił David. – Wczoraj wieczorem, awionetka, którą leciała uderzyła w stok jednej z gór w Andach. Nikt nie przeżył. 
− Jeszcze oficjalnie nie powiadomiono rodzin – dodał Charlie. – David dowiedział się od starego kolegi. 
− Właśnie dlatego tu jesteśmy. Musimy ustalić, jak powiemy o tym rodzicom. 
− I co zrobimy z Isaacem. 
Znów zapadł na cisza. Rodzeństwo już nawet na siebie nie spoglądało. Każdy wpatrywał się to w swoje dłonie, to w stopy, nieudolnie próbując przetworzyć otrzymaną informacje. Fakt, że jedno z nich nie żyje, był wręcz nie do przyjęcia. Może i Danny nie była idealną siostrą, ale była. 
Od zawsze. 
Nagle Joyce jęknęła żałośnie, a jej ciałem wstrząsnął szloch. Schowała twarz w dłoniach, nawet nie próbując powstrzymać łez. Siedząca obok Stephanie, objęła ją ramieniem i zaczęła uspokajająco gładzić po plecach. Kobieta wtuliła głowę w ramię bratowej, zaciskając palce na obiciu kanapy. 
− Jesteście pewni? – zapytał drżącym głosem Stephane. 
− Niestety tak. – David smutno pokiwał głową. – Mój kolega będzie pracował przy śledztwie. Dostał listę pasażerów, zobaczył znajome nazwisko i skontaktował się ze mną. 
Trener zacisnął zęby. Podniósł się z fotela i powoli podszedł do okna, stając tyłem do pozostałych. 
− To jest wręcz nieprawdopodobne – mruknął. – Nasza mała Danny… Mama się załamie. Tata pewnie też. Do tego jeszcze trzeba będzie sprowadzić ciało, zorganizować pogrzeb… nie poradzą sobie z formalnościami. 
− My się tym zajmiemy – zapewnił Charlie. – I porozmawiamy z rodzicami. Wy musicie tylko powiedzieć Isaacowi. 
Stephanie zamarła. Spojrzała z przerażeniem na męża, a on pobladł jeszcze bardziej. Powiedzieć Isaacowi? Jak niby mieli to zrobić? Jak poinformować małego chłopca, że jego ukochana mama nie żyje? Że już nigdy jej nie zobaczy? Że już nigdy go nie przytuli, nie pocałuje w czoło, nie powie, że go kocha? 
Danielle może nie była matką idealną, ale dla syna była całym światem. 
− Jest jeszcze coś. – Niespodziewanie, David sięgnął do kieszeni i wyjął telefon. – Spędziłem całą noc na odkopywaniu starych kontaktów i udało mi się dotrzeć do dokumentacji medycznej Danny. Oraz kilku innych ciekawych dokumentów. 
− A jakie to ma znaczenie? – prychnęła przez łzy Jocelyne. – Ona i tak nie żyje. 
Mężczyzna zacisnął usta w wąską kreskę. Wstukał coś na komórce, a sekundę później na ekranie pojawił się jakiś dokument. Wyglądał wyjątkowo poważnie, a charakterystyczne pieczątki w prawym górnym rogu wyraźnie wskazywały, że to coś bardzo ważnego. 
− Przez ostatnie miesiące Danielle pracowała nad czymś dla rządów – wyjaśnił średni z braci Antiga. – Nie udało mi się dowiedzieć, o co dokładnie chodziło, ale zarobiła więcej, niż którekolwiek z nas przez całe życie. 
− Oczywiście wszystko zapisane jest na Isaaca – wtrącił się Charlie. – Zabezpieczyła młodego do końca życia. Miała zresztą ważne powody, by to zrobić.
Stephanie zmarszczyła ze zdziwieniem brwi. Teoretycznie działanie Danny wydawało się logiczne – każda matka postąpiłaby podobnie; jednak coś w głosie szwagra wyraźnie mówiło, że za tym wszystkim kryje się coś więcej. 
− Co jest w jej dokumentacji medycznej? – zapytała, czując pod skórą narastające mrowienie. 
− Właśnie o to chodzi – westchnął głęboko David. – W styczniu u Danielle wykryto guza mózgu. Czy coś podobnego, nie bardzo rozumiem te wszystkie medyczne terminy. W każdym razie to było takie cholerstwo, że szkoda gadać. Teoretycznie nie dawało żadnych objawów, ale wystarczyła godzina, dwie i po człowieku. Do tego nieusuwalne. Może cię zabić w przeciągu tygodnia od diagnozy, a możesz dożyć późnej starości. 
Jego szwagierka zrobiła wielkie oczy i z niedowierzeniem spojrzała na własne dłonie. Jej mózg pracował na podwyższonych obrotach, poszczególne elementy układanki, w końcu zaczęły do siebie pasować. Choć jeszcze nie dotarło do niej, że Danny naprawdę nie żyje, to miała wrażenie, że nagle znalazła odpowiedzi na wszystkie trudne pytania. 
− Czyli zajmiecie się pogrzebem, tak? – dopytał Stephane. Nadal był przeraźliwie blady, a jego ramiona drżały nieznacznie. 
− I sprowadzimy ciało do Francji – przytaknął Charlie. – Wy musicie tylko powiedzieć Isaacowi. 
Trener mechanicznie pokiwał głową. 
Znów zapadła cisza. Nikt nie odważył się nawet drgnąć. Trudno było powiedzieć, czy kierowała nimi rozpacz, czy też szok. O wszelkich technicznych aspektach rozmawiali tak, jakby chodziło o urodziny królika, a nie śmierć siostry. 
Chyba nie docierało do nich, że to wszystko dzieje się naprawdę. Jakoś nie mogli przyswoić tego, że teraz będą tylko we czwórkę, nie w piątkę. 
To było wręcz irracjonalne. 
Stephanie jeszcze raz spojrzała na swojego męża. Stephane siedział wręcz nieprzyzwoicie wyprostowany, z dłońmi położonymi na kolanach i szeroko otwartymi oczami. Bezgłośnie ruszał ustami, a w jego oczach było widać nie tyle rozpacz, co zdezorientowanie. Danielle nie żyje? Ale jak to? Przecież ona była niezniszczalna!
− Rozumiem, że przylecicie na pogrzeb? – zapytał Charlie, choć odpowiedź wydawała się być oczywista. 
− Ja i Joyce na pewno – przytaknął Stephane. – Co do Stephanie… − Niepewnie zerknął na żonę, a ta z zrezygnowaniem pokręciła głową. 
− Nie wolno mi. Ze względu na bliźniaki, musze na siebie uważać. − Odruchowo położyła dłoń na brzuchu. Czuła pod palcami ruchy dzieci. W tym momencie wydawało się to wręcz nieprawdopodobne, absurdalne. 
Życie za życie. 
− Ale porozmawiamy z Isaacem – obiecała. – Znaczy najpierw powiemy Samikowi i Natalii. To oni się nim teraz zajmują.
− Zresztą, skoro Danielle nie żyje, to Guillaume jest w tym momencie jedynym prawnym opiekunem młodego – zauważył Stephane. – Ma prawo osobiście zdecydowanie, jak powie synowi, że jego mama zginęła. 
David ze zrozumieniem pokiwał głową. To wydawało się być logiczne. 
Nad ich głowami rozległ się tupot stóp, a potem radosny śmiech. Ani Timi, ani Manoline, a tym bardziej Nicolas, jeszcze nie wiedzieli, co się stało. 
Zresztą Stephanie czuła, że nawet kiedy im powie, to śmierć cioci nie zrobi na nich wielkiego wrażenie. Tak naprawdę, prawie jej nie znali. Danielle unikała rodzinnych spotkań, kontaktów z bratankami, więc dzieciaki widziały ją tylko kilka razy w życiu. 
Zresztą byli jeszcze mali. Stephanie chciała chronić ich przed tą tragedią. 
Ale nagle uderzył ją pewien fakt. Rzecz, która sprawiła, że jej matczyne serce załkało. Nie wiedziała, czy płakać, czy też po cichu cieszyć się z faktu, że sama nadal żyje. 
Isaac miał tylko osiem lat. Był młodszy nawet od Manoline. 
I już stracił najważniejszą osobę w życiu.


Badum! Przybywam z rozdziałem czterdziestym pierwszym. Przyznajcie, czy któraś z Was podejrzewała takiego obrotu spraw? Mam nadzieję, że nie do końca. 
W każdym razie, dziś z jeszcze większą niecierpliwością czekam na wasze komentarze i za wszystkie z góry dziękuję. 
Pozdrawiam
Violin


Netka Sidereum Graphics