sobota, 19 maja 2018

Rozdział 14

− Leci, leci samolocik… Justin, kurczę, co ci się nie podoba w tej marchewce! – jęknął przeciągle Samik, gdy po raz kolejny tego wieczoru, jego kochana córeczka wytrąciła mu z ręki łyżeczkę.
− Może ma złe skojarzenia z wujkiem Gumą? – zasugerowała Natali. – Spróbuje dać jej to coś żółtego. Zobaczymy, czy na Stephana też reaguje alergicznie.
Guillaume skinął szybko głową. Wytarł łyżeczkę, odkręcił drugi słoiczek, z zaciętą miną nabrał trochę owocowego musu ( a raczej tego, co w założeniu miało nim być) i podał córce.
Ale Justin zupełnie nie przejmowała się staraniami taty. Zaśmiała się radośnie, zamachnęła małą rączką i sekundę później koszulka przyjmującego zyskała zupełnie nowy imige.
− Bardzo śmieszne – mruknął, ocierając z bluzy resztki posiłku małej. – Żeby tak wujkiem Stephanem w ojca celować.
Dziewczynka pochyliła się do przodu, próbując złapać swoje stopy, a dziecięcy śmiech znów poniósł się po pomieszczeniu.
− Daj spokój, teraz ma jak widać na pieńku ze wszystkimi wujkami. – Natalii machnęła lekceważąco ręką. – A propos Stephana… Rozmawiałeś już z nim o Isaacu? – Oparła się o kuchenny blat i zmierzyła narzeczonego krytycznym spojrzeniem.
Przełknął głośno ślinę. Wyprostował się na krześle, a potem powoli odwrócił się w stronę kobiety.
− Jeszcze nie – przyznał, nerwowo bawiąc się swoimi palcami. – Nie było jeszcze okazji… On ma chyba teraz dużo na głowie.
Natalia prychnęła kpiąco. Usiadła naprzeciwko mężczyzny i spojrzała mu prosto w oczy.
− Musisz załatwić to jak najszybciej.
− Dlaczego tak bardzo ci zależy? – zapytał Samica. – Nie jesteś zazdrosna, czy coś?
− Oczywiście, że jestem! – wybuchnęła. – A kto by nie był?! Nagle dowiaduje się, że najprawdopodobniej nie jestem jedyną kobietą, z którą masz dziecko. Jasne, że jestem zazdrosna! – Odchyliła się na krześle i odetchnęła głęboko, by opanować emocje. – Ale to nie znaczy, że nie chcę wiedzieć – dodała już spokojniejszym głosem.
− Nadal nie do końca rozumiem – mruknął Samik.
− Chodzi o to, że im szybciej się dowiemy, tym więcej będziemy mieli czasu, by wszystko sobie poukładać – wyjaśniła. −  Bo powiedz szczerze, czy jeśli okaże się, że Isaac jest twoim synem, będziesz chciał utrzymywać z nim kontakt?
Guillaume od razu skinął głową. Nawet się nad tym nie zastanawiał, to było przecież oczywiste.
− Jeśli naprawdę… − zawahał się, starannie dobierając słowa. – Naprawdę jest moim synem. To przegapiłem osiem lat jego życia.
Natalii uśmiechnęła się smutno. Wzięła do ręki słoiczek i sama spróbowała nakarmić córkę. Nie wiele to dało, bo Justin, przeszczęśliwa, że znów ktoś zwraca na nią uwagę, nie zamierzała poświęcić się tak prozaicznej czynności, jaką było jedzeniem. Zdecydowanie próbo schwytania łyżki, była fajniejszą zabawą.
− Ciekawe czy jak był mały, to też tak wybrzydzał? – mruknęła, wycierając z twarzy żółtą papkę. – Jeśli tak, to znaczy, że to twoje geny.
Mimowolnie parsknął śmiechem.
− Bo ty to jadłaś wszystko i o każdej porze?
− Jak najbardziej! – Obruszyła się. – Danielle zapewne też, skro była taką perfekcjonistką, jak ją opisujesz. Więc sorry, ale to muszą być twoje geny.
− Skoro tak mówisz… − Pokręcił głową z udawaną dezaprobatą. Zaraz jednak znów zmarkotniał. Wlepił wzrok w blat stołu, a jego palce odruchowo zaczęły bawić się zamkiem bluzy. – Słuchaj, bo ja się tak zastanawiam… Co zrobimy, jak Isaac naprawdę okaże się moim synem. – Niepewnie spojrzał na ukochaną. – Jak to rozwiążemy?
− Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Może udałoby się przekonać Danny, by spędzał z nami trochę wakacji. I jakieś dłuższe weekendy. Bo pewnie wróci z nią do CERN-u, a my zostaniemy tutaj.
− I naprawdę nie będziesz miała nic przeciwko temu?
Westchnęła cicho. Spojrzała na Justin i uśmiechnęła się czule, widząc, jak mała wesoło macha rączkami, domagając się uwagi. Wyjęła córkę z krzesełka i posadziła sobie na kolanach,  a ta momentalnie dorwała się leżącej na stole grzechotki.
− To prawda, jestem trochę zazdrosna – powtórzyła. – Ale to nie wina Isaaca. Jest tylko dzieckiem. Twoja też nie, bo przecież się wtedy nie znaliśmy, a przecież nie ukryłbyś przede mną faktu, że masz syna, prawda?
− Oczywiście, skarbie. – Pochylił się, pocałował ją szybko i jeszcze cmoknął Justin w czoło, na co ona znów zaśmiała się radośnie. – Jesteście dla mnie wszystkim.
Uśmiechnęła się delikatnie. Zaraz jednak znów zmarkotniała.
− Ale Stephane nie zachowywał się ostatnie dziwnie, co nie?
Guillaume zmarszczył brwi i w zamyśleniu podrapał się po głowie.
− Nie chyba, nie. Chociaż… jest ostatnio jakoś dziwnie nerwowy. No wiesz, jakby miał dużo na głowie. Trudno się dziwić, wypadło mu z składu trzech zawodników.
− Nie o to chodzi – pokręciła głową. – Na ostatnim meczu Stephanie kiepsko wyglądała. Blada, podkrążone oczy, jak ty po zjedzeniu za dużej ilości czekolady, jak już spadnie poziom cukru.
− Dzięki wielkie – prychnął, ale kobieta kontynuowała niewzruszona.
− W każdym razie, trochę mnie to zmartwiło. I ciekawi mnie, czy Stephane nic nie napomknął…
− Myślisz, że jest chora?
− Nie wiem – wzruszyła ramionami. – Może niekoniecznie ona. Może z dzieciakami jest coś nie tak? Albo jej siostrą? To może chodzić co cokolwiek!
− Czyli, że obydwoje mamy zadanie na najbliższe dni. – Samik odchylił się na krześle i odetchnął głęboko. – Ja dopadam Stephana, a ty przepytujesz Stephanie.
− Czuję się normalnie jak na odprawie tajnych agentów – parsknęła Natalii.
− Ej, ale przynajmniej jest ciekawie. – Zaśmiał się przyjmujący, a potem pochylił się nad stołem i szybko pocałował kobietę. – Przecież obiecałem, że ze mną nudzić się nie będziesz, prawda?

***

Stephanie przetarła dłonią zmęczone oczy, a potem podniosła głowę i odnalazła wzrokiem dzieci. Uśmiechnęła się nieznacznie, widząc Manoline, która próbowała wyciągnąć Isaaca do zabawy. Chłopiec wolał jednak interesujące życie mrówek, co spotkało się z pełnym dezaprobaty prychnięciem dziewczynki. Kilka metrów dalej Timote z zaciętą miną odbijał z tatą piłkę.
Ot, rodzinna sielanka. Korzystając z cieplejszego weekendu, zdecydowali się wybrać do parku. Zabrali ze sobą deskorolki, paletki do badmintona i piłkę, by po prostu spędzić razem czas.
Westchnęła głęboko. Ostatnie wydarzenia i ciąża, dawały jej się we znaki. Tak naprawdę cały czas była zmęczona, mogłaby tylko spać i nie dała rady zbyt długo  bawić się z dziećmi.
− Jak się czujesz?
Wzdrygnęła się mimowolnie, gdy niespodziewanie usłyszała za sobą głos męża.
− Nie grasz już z Timi? – zapytała, szczelniej otulając się kurtką.
− Dał mi na razie spokój. – Usiadł obok i objął kobietę ramieniem. – Stwierdzili z Many, że nie spoczną, dopóki nie nauczą Isaaca jeździć na deskorolce.
− Teraz ma przerąbane. Oni są niesamowicie uparcie. A w duecie to w ogóle… Ciekawe po kim to mają. – Spojrzała znacząco na Stephana.
− No wiesz! I ty Brutusie przeciwko mnie! – Oburzył się mężczyzna. Zaraz jednak na jego twarzy znów pojawił się szeroki uśmiech. – Myślisz, że maluchy też takie będą? – Zjechał dłonią na brzuch kobiety.  Trochę już urosły.
− Chyba żartujesz – prychnęła. – Nie możesz jeszcze niczego wyczuć.
− To znaczy, że po prostu ci się przytyło?
− Ty… Kiedyś normalnie utnę ci ten język. – Symbolicznie trzepnęła go w ramię. – Lepiej powiedz, czy Nico się odzywał?
Jęknął przeciągle. Przeczesał dłonią jasne włosy i z cichym świstem wypuścił powietrze.
− Pytasz mnie o to codziennie. Od tygodnia.
− Po prostu chcę mu pomóc.
− Wiem. – Chwycił kobietę za ramiona i zmusił, by spojrzała mu w oczy. – Od Nicolasa nie ma żadnych wieści. Ja też się martwię, ale wiem, że jeśli Shoe się czegoś dowie, to od razu mi powie. Więc na razie może zajmijmy się własnymi problemami? Jak zamierzasz powiedzieć naszym uparciuchom, że będą miały młodsze rodzeństwo?
Pobladła gwałtownie. Kątem oka spojrzała na bawiące się dzieci.
− Nie pomyślałam o tym – wydukała. −  Jeszcze trochę możemy poczekać, ale w końcu coś zauważą…
− Na przykład te dodatkowe kilogramy…
− Zaraz coś ci zrobię! – fuknęła wściekle. – Nikt cię nigdy nie uświadomił, że kobiecie wagi, bo można dostać bilet na tamtą stronę? I to jednokierunkowy!
− Wiem, wiem! – Pochylił się i szybko pocałował swoją żonę. Ta jeszcze rzez  chwilę  siedziała naburmuszona, ale w końcu przewróciła oczami i uśmiechnęła się nieznacznie.
− Wróćmy jednak do dzieci, okej? – poprosiła, a potem kontynuowała, nie czekając na odpowiedź. – Trzeba będzie im to jakoś delikatnie przekazać, jest spora szansa, że się ucieszą, ale i tak, jak urodzą się bliźniaki, to cały ich świat wywróci się do góry nogami.
− Czyj świat?
Odwrócili się jednocześnie, słysząc za sobą dziecięce głosiki. Timi i Manoline pojawili się jakby znikąd, szczerząc się głupkowato i z ciekawością spoglądając to na mamę, to na tatę.
− Nikogo ważnego. – Stephanie uśmiechnęła się nerwowo, by ukryć zmieszanie.
− Jasne. – Manoline przewróciła oczami. – Mamo, nie jesteśmy już małymi dziećmi, trochę trudniej nas okłamać. – Dumnie skrzyżowała ręce na piersi.
Małżeństwo wymieniło zakłopotane spojrzenia. Przez ułamek sekundy wahali się, czy by wszystkiego nie wyznać, ale po chwili trener postanowił przejąć pałeczkę.
− Dwie sprawy. – Uniósł dłoń, zwracając na siebie uwagę dzieci. – Po pierwsze, gdzie zgubiliście Isaaca?
− Tam jest! – Rodzeństwo synchronicznie wskazało na pobliskie drabinki. Ośmiolatek siedział na samej górze i z przerażeniem wpatrywał się w ziemię.
− Isaac, co się stało?! – zawołał szczerze zaskoczony Stephane.
Chłopiec nie odpowiedział jedynie pokręcił głową i mocniej zacisnął dłonie na szczebelkach.
Antiga westchnął głęboko, a potem ruszył na pomoc siostrzeńcowi. Jednocześnie, Stephanie oparła dłonie na biodrach i zmierzyła swoje pociechy krytycznym spojrzeniem.
− Dlaczego go tam zostawiliście?
− To nie nasza wina! – zaprotestował Timote. – Sam wlazł, a teraz nie potrafi zejść! A podobno po ściance wspinaczkowej, to śmigał, że aż miło – prychnął kpiąco.
Kobieta wzniosła oczy ku niebu i bezgłośnie poprosiła opatrzność o cierpliwość. Zaraz jednak, gdy obok znów pojawił się Stephane wraz z Isaacem, uśmiechnęła się ciepło.
− To co teraz? – zapytała męża, wiedząc, że dzieciaki nie odpuszczą „drugiej sprawy”.
− Jak to co! – Trener zatarł wesoło ręce. – Idziemy na pizzę!
− Jej! – Cała trójka podskoczyła radośnie, a potem pognała w stronę wyjścia z parku, jakby ich sam diabeł gonił.
− Teraz na chwilę zajmą się czymś innym – wyjaśnił trener, widząc pytające spojrzenie żony. – A my będziemy mieć czas, by wszystko przegadać.
− Coś w tym jest przytaknęła. – Ale coś mi się wydaje, że będą całkiem zadowoleni z młodszego rodzeństwa.
− Mamo!
Jednocześnie odwrócili głowy. Kilka metrów dalej, Manoline uciekała przed bratem, który znalazł ślimaka i postanowił postraszyć nim dziewczynkę.
− Dlaczego ja nie mam siostry?! – jęknęła, chowając się za drzewem.
Małżeństwo wybuchnęło gromkim śmiechem.
− Wiesz, chyba masz racje. – Stephanie położyła dłoń na brzuchu i uśmiechnęła się czule. – Przynajmniej teraz mamy pewność, że jedno musi być dziewczynką.
Stephane pochylił się i znów szybko pocałował żonę.
− Jestem jak najbardziej za – szepnął.



***

Andrzej rozglądnął się w prawo, w lewo, a potem raźnym krokiem przeszedł przez pasy. Tuż przed nim, na smycz dreptał wesoło Lambo. Malutki piesek, jak zwykle pełen był energii i gdyby nie prawa fizyki, jego pan już dawno zostałby przeciągnięty po chodniku. Na szczęście Wrona miał ponad dwa metry wzrostu, a Lambo nie osiągał  nawet czterdziestu centymetrów.
− Dobra, młody, robimy tak – zwrócił się do podopiecznego, gdy stanęli po drugiej stronie ulicy. – Jeszcze jedna rundka wokół parku, dwa mosty, poszczekasz sobie na kaczki, a potem wracamy, co ty na to? Ewentualnie możemy jeszcze przejść się do…
− Bu!
Zupełnie niespodziewanie, ktoś uwiesił mu się na szyi. Siatkarz zachwiał się najpierw do przodu, potem do tyłu, aż w końcu udało mu się chwycić ręce napastnika, odczepił sobie od szyi i postawił osobnika na ziemi.
− Jezu, czy ty chcesz, żeby zszedł na zawał?! – Przekonany, że ma do czynienia, z którymś z kolegów, odwrócił się na pięcie z zamiarem nawrzeszczenia na tę wyjątkowo irytującą istotę, która naraziła go na uszczerbek na zdrowiu. Zamarł jednak, bo okazało się, że ta istota ma rude włosy, niebieskie oczy i uśmiecha się do niego w ten niepowtarzalny sposób, który spowodował, że uleciały z niego wszelkie negatywne emocje.
− Przecież nie pozwoliłabym na to, by mój brat stracił kolejnego środkowego – prychnęła Joyce. – Chyba wierzysz w moje siostrzane uczucia, prawda? – Oparła dłonie na biodrach i zmierzyła siatkarza krytycznym spojrzeniem.
− Oczywiście! – zapewnił natychmiastowo. – Myślałem, że to…  no nie wiem… − Nieudolnie próbował się tłumaczyć, co spotkało się tylko z kolejnym kpiącym prychnięciem kobiety. – Co ty tu w ogóle robisz?
− Ogarniam swój telefon. Nie mogę się dodzwonić do Nepalu, co mnie doprowadza mnie do lekkiego szału. – Wzruszyła ramionami tak, jakby brak połączenia z Nepalem był najczęściej spotykanym problemem pod słońcem. – A ty? Tak po prostu łazisz sobie po Warszawie?
− Wyprowadzam psa na spacer – opowiedział szczerze, wskazując głową na Lambo, który usiadł sobie na chodniku i chyba zaczynał się niecierpliwić.
− A więc to jest Lambo! – Na twarzy Joyce pojawił się szeroki uśmiech. Przykucnęła przed psem, wyciągnęła w jego stronę rękę. Ten obwąchał ją dokładnie, a gdy uznał, że jest godna zaufania, zaczął domagać się głaskania. – Fajny jesteś, co nie, mały? – podrapała zwierzaka za uchem. – Taki fajny, uroczy piesek.
− Chyba cię lubi – zaśmiał się Andrzej.
− Skoro tak mówisz… Mogę iść z wami dalej? – zapytała niespodziewanie. – W końcu przez ostatni tydzień prawie się nie widzieliśmy.
Bezmyślnie pokiwał głową. Jocelyne miała racje. Po akcji z pizzą i „prawie wykonanym pocałunkiem”, rozmawiali ze sobą raz, na meczu, a poza tym wymieniali tylko smsy. Obydwoje byli po prostu zajęci. Ona sprawdzała rynek pracy w Warszawie, on trenował ciężko i nieudolnie  próbował ogarnąć własne uczucia. Bo po prostu coraz mniej je rozumiał.
− Mieszkasz niedaleko, prawda? – zagaiła rozmowę, gdy ruszyli przed siebie.
− Yhm – przytaknął Wrona.  – To nasza  stała trasa spacerów. W prawo, przez most, obok fryzjera, przez park, poszczekać na kaczki, a w drodze powrotnej obwąchać starszą panią z yorkiem.
− Starszą panią z yorkiem? – Uniosła ze zdziwieniem brew.
− Mijamy ją codziennie o trzynastej piętnaście. Nigdy ani minutę później – wyjaśnij. – A ten york to zawsze szczeka na mojego Lambo. Ale on ma to – zawahał się. – Tam, gdzie mają to wszystkie psy.
Parsknęła śmiechem. Odetchnęła głęboko marcowym powietrzem, a potem spojrzała w niebo, skrzywiła się i przeklęła pod nosem w języku, którego Andrzej nie rozpoznawał.
− Coś się stało? – Zmarszczył czoło.
− Zaraz zacznie padać – mruknęła. – A ja nie mam kaptura. Ani parasola.
Zadarła głowę, by też spojrzeć w niebo. Zacmokał z irytacją, gdy zobaczył nisko wiszące, bure chmury, które nie wróżyły nic dobrego.
− Może wcale nie lunie – zasugerował bez większego przekonania.
Jednak jego ciche prośby nic nie zdziałały. Kilka minut później, z nieba spadły dosłownie hektolitry wody.
− Jeju! – Joyce przylgnęła do Andrzeja, a ten odruchowo objął ją ramieniem. Na niewiele się to oczywiście zdało, bo żadne z nich nie miało parasola, czy choćby odpowiedniej kurtki, ale łatwiej moknąć we dwójkę. Jedynie Lambo był zadowolony z zmiany pogody, bo w końcu mógł bezkarnie wytaplać się w kałużach.
− Za jakieś pięć minut będziemy u mnie – Wrona zmrużył oczy i przyspieszył kroku. – Osuszymy się i przeczekasz ten deszcz.
Kiwnęła głową i jeszcze bardziej wtuliła się w tors mężczyzny. Oczywiście, gdy dotarli do mieszkania, obydwoje byli przemoczeni do suchej nitki, a włosy kobiety dosłownie ociekały wodą.
− Zaraz przyniosę jakiś ręcznik. I coś do przebrania. Bo jak zostaniesz w tych ciuchach, to się pochorujesz. – Zmierzył Jocelyne zatroskanym spojrzeniem.
− Nie musisz…
− Muszę.
− Ale…
Zupełnie nie przejął się jej nieśmiałym protestem. Zniknął w swojej sypialni,  by po chwili wrócić z wszystkimi potrzebnymi rzeczami, w tym swoją największą koszulką, która spokojnie mogła robić za sukienkę dla Francuski. Wskazał kobiecie łazienkę, gdy ta poszła się przebrać, sam się ogarną, nakarmił Lambo, a potem zaczął przygotowywać coś ciepłego do picia.
− Gorąca herbata?
Wzdrygnął się mimowolnie, gdy niespodziewanie w kuchni znów pojawiła się Joyce.
− Musisz przestać mnie straszyć – mruknął, wręczając jej kubek z parującym napojem. – Imbirowa, podobno dobrze rozgrzewa i wspomaga odporność. Czy jakoś tak.
− Naprawdę się o mnie martwisz – zaśmiała się z niedowierzaniem. Upiła łyk herbaty i uśmiechnęła się błogo. – O tak zdecydowanie tego mi było trzeba.
− Oczywiście, że się martwię – prychnął. – W końcu jeśli coś ci się stanie, to Stephane urwie mi głowę.
− Czyli dbasz o własny tyłek? – Uniosła sarkastycznie brew.
− Nie! – zaprotestował niezwłocznie. – To znaczy… po prostu się o ciebie martwię. – Z zakłopotaniem podrapał się po brodzie. – Właśnie dlatego nigdzie się stąd nie ruszysz aż do rana.
− Proszę? – Przekrzywiła nieznacznie głowę i zaskoczona zamrugała szybko.
− Według prognozy będzie padać przez całą noc – wyjaśnił. – Dochodzi osiemnasta. Pożyczyłbym ci parasol, ale nie masz w czym wrócić do siebie. Więc jak na razie zostajesz tuta.
Przewróciła oczami, ale nie protestowała. Przeszła do połączonego z kuchnią salonu, usiadła na kanapie, założyła nogę na nogę, a potem wlepiła zamyślony wzrok w przestrzeń.
Andrzej niepewnie usiadł obok, Przez chwilę obydwoje milczeli,  aż w końcu siatkarz przełknął nerwowo ślinę, wziął się w garść i postanowił się odezwać.
− Nie masz już siniaków – zauważył, niepewnie dotykając ręki Francuski.
− Oh! – Joyce uniosła nadgarstek i obejrzała go pobieżnie. – Masz racje. Musiał zniknąć już dawno. Pewnie, gdybym obrywała częściej, to trzymałyby się dłużej.
− Czyli to był jednorazowy wyskok?  − Wrona zmarszczył ze zdziwieniem brwi. Zaraz jednak zorientował się, że to mogło być zbyt bezpośrednie pytanie. – Przepraszam, jak nie chcesz, to nie mów.
− Daj spokój. – Machnęła lekceważąco ręką. – Jonas… on po prostu wściekł się, że nakryłam go z tą idiotką – mruknęła, pustym wzrokiem wpatrując się w trzymany kubek. – Wpadł w furię i wtedy oberwałam. Ale wcześniej… wcześniej wydawało mi się, że jesteśmy naprawdę szczęśliwi – westchnęła głęboko. −  Byłam przekonana, że po ośmiu latach naprawdę go znam, że dobrze się nam układa, a nawet liczyłam, że niedługo mi się oświadczy.  Zaczęliśmy nawet planować podróż poślubną, taką dookoła świata, ale jako pasażerowie, a nie pilot i stewardessa. Jak widać można znać kogoś bardzo długo, a on i tak cię skrzywdzi. – Z niedowierzaniem pokręciła głową.
− Nie mogłaś tego przewidzieć. – Andrzej niepewnie chwycił dłoń kobiety i ścisnął ją nieznaczne. – Często czas nie ma aż tak wielkiego znaczenia.
− Wiem – mruknęła. – Ale Stephane poznał  Stephanie, gdy mieli czternaście lat. Mój drugi brat Charlie, swoją żonę poznał na pierwszym roku studiów, ale pobrali się dopiero dwanaście lat później. Dziś są szczęśliwi, mają dwie małe córeczki. Myślałam, że ze mną będzie podobnie.
Nic nie powiedział, jedynie powoli pokiwał głową.
Nagle Joyce wyprostowała się i spojrzała na siatkarza.
− Możesz mi odpowiedzieć na jedno pytanie?
− Pewnie.
− Czy chciałeś mnie pocałować? Tydzień temu, u mnie. Na chwilę przed tym, jak przyszła pizza. Tylko  odpowiedz szczerze.
Pobladł gwałtownie. Przełknął głośno ślinę i  zaczął nerwowo błądzić wzrokiem, po pomieszczeniu, szukając jakiejś dobrej odpowiedzi.
− Ja… chyba… chyba tak – wychrypiał w końcu, nie patrząc Jocelyne w oczy. Z ciężko bijącym sercem oczekiwał na jej reakcje.
Ale ona jedynie uśmiechnęła się tajemniczo i przysunęła bliżej. Znów dzieliło ich tylko kilkanaście centymetrów.
− Ile się znamy? – zapytała.
− Coś ponad miesiąc – odpowiedział niepewnie.
− Chyba musimy przyspieszyć bieg wydarzeń – stwierdziła, a potem tak po prostu chwyciła Andrzeja za koszulę, przyciągnęła do siebie i pocałowała namiętnie.
Zdezorientowany Andrzej na początku nie miał pojęcia, co zrobić. Jednak po kilku sekundach w końcu dotarło do niego, co się dzieje. Objął Joyce ramieniem i pogłębił pocałunek, czując jak w jego żołądku jednocześnie eksploduje tysiące fajerwerków. Wplótł ręce we włosy kobiety, a ona wsunęła ręce pod jego koszulę.
− Nie wiem, czy powinniśmy… − zaczął, gdy na chwilę oderwali się od siebie, by zaczerpnąć powietrza.
− Daj spokój – warknęła. – Choć raz dam się ponieść chwili, a konsekwencjami będę się martwić rano. Teraz mam to gdzieś. – W jej oczach pobłyskiwała wręcz zwierzęca determinacja.
Uśmiechnął się szeroko.
„A co tam, raz się żyje, co nie?” pomyślał. „Myśleć będziemy rano”. A potem pochylił się i chciwie wbił się w jej usta.
Konsekwencje jutro. Teraz liczy się chwila.


Okej, na wstępie chcę zaznaczyć, że totalnie nie wiem, co mam myśleć o powyższym rozdziale. Uważam, że jest strasznie nieskładny i w ogóle chaotyczny. Ale mam nadzieję, że taki obrót wydarzeń przypadł wam do gustu. Wszelkie ewentualne wyjaśnienia zachowań bohaterów pojawią się w kolejny rozdziale, w którym przewiduje przynajmniej dwie poważne rozmowy. 
To chyba tyle. Teraz lecę komentować zaległe rozdziały u was, a potem wyłączam się. Dzisiaj zaczyna się sezon reprezentacyjny ( mecz Polska- Kanada. Czy mogłoby być coś piękniejszego?!), a ja mam przyjemność być w Katowicach. Trzymajcie kciuki, by udało mi się dorwać Stephana! 
Pozdrawiam
Violin
PS Okazało się, że zostałam nominowana do bloga miesiąca  katalogu "Księga Baśni". Jeśli chcecie, możecie zagłosować na tego bloga tutaj

piątek, 11 maja 2018

Rozdział 13

Panująca w mieszkaniu cisza była wręcz nieprzyzwoita. Dlatego Sharone był bardzo zaskoczony, gdy coś wyrwało go z niespokojnego snu. Sam nie był wstanie powiedzieć, co to  było. O prostu nagle otworzył oczy i wlepił pusty wzrok w sufit. Przez kilka długich sekund leżał na wznak, nasłuchując uważnie, aż w końcu przekręcił na prawy bok i spojrzał na zegarek. Nie było tak znowu bardzo wcześnie, dochodziła szósta.  I tak miałby za chwilę wstać.
Usiadł na łóżku. Nieprzytomnym spojrzeniem powiódł po zaciemnionym pokoju. Powoli docierały do niego wspomnienia z poprzedniego dnia.
Westchnął cicho na wspomnienie Nicolasa. Po tym jak wrócili do domu, chłopak usiadł na kanapie, wyjął z plecaka jakąś teczkę i w milczeniu zaczął przeglądać zgromadzone w niej dokumenty. Gdy kilka godzin później Evans wrócił z treningu, Nico nadal to robił. Siatkarz próbował się dowiedzieć, o co chodzi, porozmawiać z współlokatorem, ale ten nie odpowiadał na żadne pytanie. Był jak w transie. Koło ósmej schował papiery z powrotem, a potem położył się i niemal od razu zasnął. Atakującemu nie udało się z nim zamienić nawet słowa.
Ale to było wczoraj. Teraz był już ranek i wypadałoby zjeść śniadanie. A Sharone doskonale wiedział, że nic nie poprawia humoru tak jak naleśniki z oryginalnego przepisy jego mamy.
Zsunął się z łóżka i powoli powlókł się do kuchni. Jednak gdy tylko przekroczył próg, zamarł.
Nicolas zniknął. Jego materac został złożony, podobnie jak pościel. Koło kanapy nie stał plecak, a w przedpokoju brakowało wysokich butów. Salon wyglądał tak, jakby nikt w nim nigdy nie mieszkał.
Już nieźle wystraszony Shoe zajrzał do łazienki. Przeklął pod nosem. W kubku stała tylko jedna szczoteczka, na wieszaku wisiał tylko jeden ręcznik. Brakowało też odżywki do włosów, z którą Francuz się nie rozstawał.
Evans szybko wrócił do sypialni. Prawie wyrwał z ładowarki komórki i nerwowo wybrał numer przyjaciela.
− Odbierz, odbierz… − mruczał, wsłuchując się w sygnał nawiązywanego połączenia.
Tu automatyczna sekretarka…
− Cholera!
Wziął głęboki oddech, próbując opanować szaleńcze bicie serca. Na drżących nogach przeszedł do kuchni. Rozglądnął się uważnie i dopiero wtedy zauważył wiszą na lodówce kartkę. Zerwał ja szybko i pobieżnie przebiegł wzrokiem po nabazgranym tekście.
Dziękuję za gościnę… To koniec moje przygody w Warszawie… To był zaszczyt spróbować twoich naleśników… Głupek! – Wściekle zmiął w dłoni kawałek papieru. Oparł się o kuchenny blat i zacisnął palce na jego krawędzi. – Idiota, skończony idiota – warknął. − I co ja mam teraz zrobić? – zapytał samego siebie, choć doskonale wiedział, co zaraz zrobi. List wydawał się być pozbawiony uczuć, ale Sharone widział w jakim stanie był Nicolas. Ta ucieczka nie mogła skończyć się dobrze.
Był gotowy w pięć minut. Wypadł z mieszkania, w biegu przewieszając przez ramię torbę treningową. Czuł, że raczej nie zdąży po nią wrócić.
Najpierw zahaczył o pobliską piekarnie. Była jeszcze zamknięta, ale Nico musiał koło niej przechodzić. Jeśli zwinął się nad ranem, ktoś na pewno go widział.
Evans zastukał w witrynę. Raz, drugi, trzeci, aż w końcu starsza właścicielka podniosła głowę znad układanych ciasteczek. Na widok siatkarza, zmarszczyła ze zdziwieniem brwi, ale dobrodusznie otworzyła mu drzwi.
− Coś się stało? – zapytała troskliwie.
− Widziała pani mojego kolegę? – Kanadyjczyk nie bawił się w żadne formy grzecznościowe. Nie miał na to czasu. – Trochę niższy ode mnie, blondyn, niebieskie oczy, biały, miał na sobie bluzę z kapturem.
− Owszem, widziałam go – przytaknęła kobieta. – Jakieś czterdzieści minut temu wsiadł w autobus na lotnisko. – Wskazała głową na pobliski przystanek.
Sharone uśmiechnął się mimowolnie. Podziękował szybko, a potem biegiem ruszył w wskazanym kierunku.
„Nie myśl, że dam ci odejść bez słowa, stary. Takie ucieczki, to  nie na mojej warcie” zaśmiał się myślach, kupując bilet.
Pół godziny później był na lotnisku. Jak strzała wpadł do terminalu, z zamiarem nawrzeszczenia na Nicolasa, choćby nawet i publicznie.
Ale w momencie, gdy stanął na środku hali, wyparował z niego cały zapał. Zdał sobie sprawę z tego, że Nico już dawno jest pewnie za bramkami. Że nie wie, do którego samolotu chce wsiąść Nico. Najlogiczniejszy byłby lot do Paryża, ale samolot miał odlecieć dopiero za trzy godziny. Więc pewnie Francuz wybrał pierwszy lepszy lot. Albo wysiadł przystanek wcześniej i teraz plącze się po Warszawie. Albo przesiadł się do pociągu. Było mnóstwo możliwości.
Shoe nie zrezygnował od razu. Jeszcze przez dobrą godzinę plątał się po lotnisku, wypytując o Nicolasa i co chwilę wybierając jego numer.
Chłopak jednak nadal nie odbierał.
W końcu Evans się poddał. Wsiadł w kolejny autobus i pojechał na trening. Był jednak za wcześnie, więc zamiast wejść do hali, usiadł na krawężniku, a pusty wzrok wlepił w parking. Jego mózg niechętnie przetwarzał otrzymaną informacje.
Nico nie był synem Stephana. Siatkarz nadal w to nie wierzył, ale taka była prawda. Okrutna, tak samo, jak ucieczka przyjaciela.
− Co się stało?
Podniósł gwałtownie głowę, słysząc znajomy głos. Obok niego stał zatroskany Antiga. Miał bladą cerę, oklapłe włosy, ale wydawał się trzymać.
Jakoś.
Sharone odruchowo zacisnął wściekle pięści. Nie rozmawiał jeszcze z trenerem o tym, co stało się poprzedniego dnia, ale nagle poczuł irracjonalną złość na mężczyzna. Jakby to była jego wina, że nie był ojcem młodego Francuza.
„To głupota, Shoe” skarcił samego siebie. Wziął kilka głębokich oddechów. Rozluźnił palce. Niechętnie spojrzał  oczy Stephana.
Takie same, jak oczy Nicolasa.
− Nico zniknął – warknął, a potem wstał, odwrócił się na pięcie i po prostu wszedł do budynku.

***

Stephane jakoś się trzymał, choć też miał trudną noc. I jeszcze trudniejszy poranek. Gdy się obudził, z przykrością stwierdził, że obok nie ma żony. Co raczej rzadko się zdarzało, bo to on był rannym ptaszkiem.
Nie chętnie więc zwlókł się z łóżka, by zobaczyć, co takiego zmusiło Stephanie do wstania wcześniej. Szczególnie, że po wydarzeniach poprzedniego dnia, kobieta długo nie mogła zasnąć.
Znalazł ją w kuchni. Siedziała na wysokim krześle,  a przed nią stała szklanka z wodą. Nawet nie filiżanka herbaty, czy sok, jedynie czysta woda.
− Co cię tak wcześnie wygnało z łóżko? – zapytał, delikatnie obejmując ukochaną od tyłu.
Uśmiechnęła się delikatnie. Oparła głowę na ramieniu męża i przymknęła oczy.
− Bliźniaki zaczęły dawać w kość. – Odruchowo położyła dłoń na brzuchu. – A już myślałam, że tym razem obędzie się bez wariacji żołądkowych.
Zaśmiał się nieznacznie. Zaraz jednak spoważniał. Obrócił do siebie żonę, a potem uważnie przyjrzał się jej twarzy.
− Nie wyglądasz dobrze – stwierdził. – Nie spałaś najlepiej, prawda?
Przytaknęła szybko. Spuściła wzrok, a potem nerwowo zaczęła skubać pasek od szlafroka.
− Myślałam… myślałam o tym chłopcu – przyznała cicho. – Tak strasznie mi go szkoda… On naprawdę myślał, że jesteśmy jego rodzicami. Był zły, że go porzucili, ale… ale widziałam, że to były tylko chwilowe emocje. Wiem, że chciał tylko znaleźć swoją rodzinę. Poczuć się kochanym, chcianym. Może było coś, co mogliśmy dla niego zrobić.
Stephane w zamyśleniu zacisnął zęby. Objął żonę i odruchowo zaczął gładzić jej plecy. Myślał przy tym intensywnie nad słowami kobiety. Czy miała rację?
− Wiesz, przez krótką chwilę… przez ułamek sekundy przemknęło mi przez myśl, że to on – kontynuowała Stephanie. – Że to nasz mały Nicolas. Że jakimś cudem wcale nie umarł, że nas oszukano albo coś takiego. Ale wiem, że to nie możliwe. – W jej oczach pojawiły się łzy. – Chociaż… − Pokręciła gwałtownie głową, urywając w połowie zdania.
Trener zmarszczył brwi. Odsunął się nieznacznie, cały czas trzymając ramiona kobiety i zmierzył ją podejrzliwym spojrzeniem.
− Chociaż, co?
Przygryzła nerwowo wargę. Odwróciła wzrok, by nie patrzeć na męża.
− Bo… jak tak teraz pomyślę – zaczęła niepewnie. – To on był trochę do ciebie podobny. Miał twoje oczy. Tak jak Timi. I twój uśmiech. I uszy. Takie sama, jak ma Manoline.
Stephane nie miał pojęcia, co powiedzieć. Wpatrywał się w Stephanie i bez głośnie ruszał ustami niczym ryba.
− To niemożliwe. – Pokręcił gwałtownie głową. – Wiem, że chciałabyś… oboje byśmy chcieli, żeby Nico żył, ale to nie możliwe. Pochowaliśmy go, prawda? Widziałem jego ciało. Ty też.
− Co tak naprawdę widzieliśmy?! – Kobieta podniosła głos. Zsunęła się z krzesła i stanęła naprzeciwko męża, oddychając ciężko. – Mnie nafaszerowali lekami, nie pamiętam nic jeszcze z dwóch tygodni po porodzie. A ty? Byłeś w szoku, zresztą prawie cały czas siedziałeś przy mnie. Żadne z nas nie widziało Nicolasa żywego. Z łatwością można nas było oszukać.
− Tylko po co? – zapytała łamiącym się głosem. – Po co ktoś miałby odbierać nam syna?
Zamarła. Zamrugała szybko, chcąc opanować zbierające się pod powiekami łzy. Odwróciła się na pięcie i oparła o kuchenny blat.
− Nie wiem – szepnęła. – Nie mam pojęcia.
− Bo nikt tego nie zrobił. Stephanie, skarbie – chwycił jej dłoń i ścisnął mocno. – Nico nie żyje. Od prawie dwudziestu lat. Już dawno się z tym pogodziłaś, więc dlaczego teraz zaczynasz wątpić?
Wzruszyła ramionami. Przez kilka minut stali tak w milczeniu, ale w końcu kobieta przetarła dłonią oczy i spojrzała na męża.
− Pogadasz z Sharonem? Może jest coś, co moglibyśmy zrobić dla Nicolasa. Cokolwiek. On potrzebuje pomocy. To tak naprawdę jeszcze dziecko. Zrobisz to, prawda? – poprosiła błagalnie.
Uśmiechnął się delikatnie, wiedząc, że znów opanował sytuacje.
− Oczywiście – przytaknął. – Jeszcze dziś z nim porozmawiam. – Pochylił się nieznacznie i czule pocałował ukochaną. – Kocham cię, wiesz?
− Wiem – mruknęła. – Wiem o tym doskonale.

A teraz stał przed ursynowską halą, a w głowie cały czas huczały mu słowa Sharona, przeplatana błagalną prośbą żony.
− Jak to zniknął? – zapytał, doganiając Evansa.
− Normalnie – burknął atakujący. – Spakował swoje rzeczy i wyjechał. Nie wiem gdzie, nie powiedział, zostawił tylko na szybko nabazgrany list.
Stephane przeklną pod nosem.  Schował ręce do kieszeni, nerwowo przestępując z nogi na nogę. Spojrzał na Sharona, który już znikał  w korytarzu prowadzącym do szatni. Trener szybko ruszył za nim.
− I nie masz nim żadnego kontaktu? – W głosie Antigi pobrzmiewała desperacja.
− Nie odbiera telefonu. – Pokręcił głową Shoe. – A w ogóle, dlaczego cię to tak bardzo interesuje. – Zmierzył Francuza podejrzliwym spojrzeniem.
Mężczyzna przełknął  głośno ślinę. Wlepił wzrok w czubki  swoich butów. Zacisnął, a potem rozluźnił pięści, by opanować emocje.
− Chodzi o  to, że… − zaczął niepewnie. – Ja i Stephanie chcielibyśmy mu jakoś pomóc.
− Dlaczego? Nie jesteście jego rodzicami, o czym dobitnie przekonał się wczoraj. 
Westchnął głęboko. Podniósł głowę  i pewnie spojrzał w oczy zawodnika.
− Nie zastanawiałeś się nigdy, dlaczego Stephanie ma do ciebie słabość? – odpowiedział pytaniem na pytanie. – Dlaczego zawsze tak bardzo się cieszyła, gdy wpadałeś niespodziewanie? Dlaczego tak radośnie przytakuje temu, że Timi bardzo cię lubi ?
Sharone zmarszczył ze zdziwieniem brwi i znów powoli pokręcił głową.
− Wydawało mi się, że jest dla mnie po prostu miła.
− Dla innych też jest. Ale z takim entuzjazmem do nich nie podchodzi.
− Więc?
− Gdyby nasz Nico nie umarł, Timo miałby dzisiaj starszego brata. A ty byłbyś tylko kilka dni młodszy od Nicolasa. – Ton Stephana był wyjątkowo chłodny, ale słychać był w nim też tęsknotę, żal, że wszystko potoczyło się nie tak, jak trzeba. Nic więcej nie powiedział. Obserwował reakcje Sharona, a gdy na twarzy chłopaka pojawiło się szczere zaskoczenie, wyminął go i ruszył w głąb korytarza.
− Sekundę, zaczekaj! – Evans odwrócił się na pięcie i zatrzymał trenera tuż przed tym, jak ten miał wejść do szatni. – Jak tylko skontaktuję się z Nicolasem, to od razu dam ci znać – obiecał.
Stephane uśmiechnął się smutno.
− Dziękuję – szepnął. – To dla nas naprawdę ważne. – A potem pchnął drzwi i zniknął w środku.

***

Andrzej czuł, że coś wisi w powietrzu. Poranny trening przebiegał w atmosferze niepokojącego napięcia. Niby wszystko było okej, ale jakby nie do końca. Zawodnicy wykonywali ćwiczenia, odbijali piłkę, oczywiście w takim zakresie na jaki pozwalały im kontuzję, nawet swobodnie ze sobą rozmawiali. Ściągnięto, co prawda dwóch chłopaków z metra, by zastąpili kontuzjowanych, ale to nie powinno stanowić problemu. Młodzi zawodnicy, choć na początku niepewni, szybko wtopili się w tłum.
Nic niezwykłego. Normalny trening, normalnej drużyny.
Ale coś było nie tak.
Przede wszystkim środkowemu nie podobał się wygląd trenera. Stephane był blady, miał podkrążone oczy i co pewien czas zawieszał nieprzytomny wzrok na jakimś punkcie nad ich głowami. Dodatkowo, przez cały czas śledził go krytyczny wzrok Evansa, co było raczej rzadkie. W końcu Sharone raczej wpatrywał się w Antige jak w obrazek. Szczególnie na początku sezonu.
Atakujący, którego Francuz wprowadził do profesjonalnej siatkówki, też był tego dnia inny. Zamknięty w sobie, cichy, trenował z fizjoterapeutą i ze spuszczoną głową słuchał jego zaleceń. Nie śmiał się z żartów kolegów, tylko co pewien czas mechanicznie kiwał głową, by pokazać, że rozumie, co do niego mówią.
Dziwnie zachowywał się także Samik, choć w jego wypadku lepiej byłoby powiedzieć, że wyjątkowo przejawiał normalne zachowania. Nie wygłupiał się, nie stroił żartów, z poważną miną wykonywał każde ćwiczenie.
I to chyba najbardziej dało Wronie do myślenia. Musiał wybadać co się dzieje. Nie mógł zrobić tego bezpośrednio, ale przecież znał kogoś, kto najprawdopodobniej wiedział, o co biega.
Jeszcze zbiegając po schodach na parking, wygrzebał z torby telefon i wybrał odpowiedni numer.
− Halo?
− Cześć, Joyce, masz dzisiaj czas? – zapytał prosto z mostu, nie bawiąc się w żadne konwenanse.
− To zależy – odpowiedziała tajemniczo kobieta. – A o co chodzi?
− Długa historia. Znaczy, że nie urwiesz mi głowy, jak wpadnę do ciebie za pół godziny?
− Raczej nie. Chodź byłaby z ciebie fajna ozdoba na ścianę – roześmiała się Jocelyne. – Wpadaj, mam lody i zamawiam pizzę. Jak się pospieszysz, to może nawet uwzględnię twoje zdanie.
Uśmiechnął się szeroko.
− Może?
− Jak się pospieszysz.
− W takim razie już jadę.
Rozłączył się. Dwie sekundy zajęło mu dotarcie do samochodu, a kolejne dwie wyjechanie z parkingu. Drogę przez Warszawę pokonał w zaskakująco szybkim tempie, prezentując przy okazji wyjątkowo dobry humor. Pogwizdywał wesoło, uśmiechał się do pozostałych kierowców i nawet rowerzyści nie mogli zepsuć mu nastroju.
Joyce przywitała go w trochę przydużym T-shircie i spranych dżinsach. Na widok siatkarza najpierw uśmiechnęła się szeroko, by zaraz zdegustowana zmarszczyć nos.
− Chyba o czymś zapomniałeś – warknęła, mierząc go potępiającym spojrzeniem.
Wrona zamrugał szybko, nie bardzo rozumiejąc. Widząc jednak, że Jocelyne nie zamierza przepuścić go przez próg, wysilił szare komórki. Szybko pojął w czym rzecz.
− No tak! – Masochistycznie przywalił sobie w czoło. – Zapomniałem wziąć prysznic! Przepraszam, zawsze biorę u siebie, a teraz nie zahaczyłem o mieszkanie i…
Z dezaprobatą pokręciła głową.
− Zaczekaj sekundę. – Zniknęła w środku, a po chwili wróciła z ręcznikiem i bardzo dużą, czarną koszulką. – Masz, umyj się, bo inaczej nie pogadamy – wręczyła Andrzejowi przedmioty.
Siatkarz niepewnie spojrzał na nietypowy podarunek.
− Ale teraz?
− Tak, teraz.
− Tak po prostu?
− A masz jakieś zastrzeżenia? Ogarnij się, a dopiero potem pogadamy.
− To po Stephanie? – zapytał, z powątpieniem oglądając kawałek materiału. – Bo wiesz…
− Nie. – Pokręciła gwałtownie głową. – Po moim drugim bracie, Davidzie. Mam trzech starszych braci, żadnej pidżamy i całą półkę starych, męskich koszulek. Pierwsze drzwi po prawej.
Parsknął śmiechem. Posłusznie wykonał polecenie Joyce, w końcu z kobietami się nie  dyskutuje.
Jednak gdy zamknął za sobą drzwi do łazienki, kompletnie zbaraniał. Rozglądnął się po niewielkim pomieszczeniu, nie bardzo wierząc w to co się stało.
Był w łazience Joyce. Tak po prostu. Patrzył na jej kosmetyki, wiszący na drzwiach puchowy szlafrok, nawet pstrokato żółtą szczoteczkę do zębów i czuł się cokolwiek niezręcznie.
− Weź się w garść, stary – skarcił sam siebie. – Masz trzydzieści lat, do cholery. Nigdy łazienki kobiety nie widziałeś?
Oczywiście, że widział. Dlatego też ogarnął się w ekspresowym tempie i kilka minut później, przeszedł do salonu, wycierając sobie ręcznikiem włosy.
− Wszyscy twoi bracia mają dwa metry wzrostu? – zapytał, z uwagą oglądając koszulkę z Kaczorem Donaldem.
− Co do jednego – przytaknęła Joyce. Siedziała na kanapie, z skrzyżowanymi nogami i dużą, metalową łyżką wyjadała lody prosto z pudełka. – Aż się ludzie dziwią, dlaczego żaden nie gra w kosza. Zamówiłam pizzę. Nie wiedziałam jaką chcesz, więc wybrałam na chybił trafił.
− Najpierw lody, a potem pizza? – Uniósł ze zdziwieniem brew. – To nie jest trochę… dziwne?
− Nie będziesz mi mówił jak mam jeść! – Zamachnęła się na siatkarza łyżką. – Jestem dorosła i mogę robić, co mi się żywnie podoba. Zresztą dzisiaj mam dzień lenia. Jem lody i oglądam seriale. – Wskazała głową na otwartego laptopa. – Mam do nadrobienia cały sezon Supernatural, rozumiesz?!
Przewrócił oczami, ale na jego twarzy pojawił się nieznaczny uśmiech. Ostrożnie zabrał Jocelyne łyżkę, nabrał pokaźną ilość lodów i prawie gubiąc je po drodze, wsadził sobie do buzi.
− Straciatella? – zapytał.
− Nutella – odparła z miną znawcy. – Nie znasz się.
Prychnął kpiąco śmiechem, ale ukradł kobiecie jeszcze jedną porcje, co spotkało się z jej głęboką dezaprobatą.
− Może przynieść ci drugą łyżkę? – fuknęła.
− Nie, poradzę sobie. – Uśmiechnął się krzywo. – Ale nie o lodach przyszedłem tutaj rozmawiać. – Potulnie oddał kobiecie łyżkę. – Mam problem.
− Wal śmiało.
− Chodzi o Stephana, Sharona Evansa i Guillaume Samicę. Zachowują się dziwnie. Wiesz coś o tym?
Joyce w zamyśleniu podrapała się po brodzie. Prawą ręką. W której trzymała tę cholerną łyżkę. Na której nadal było trochę lodów.
Andrzej westchnął cicho. Uniósł dłoń i starł z policzka Francuzki trochę czekolady.
− To co?
− Nie jestem do końca pewna – przyznała w końcu. – Stephane zachowuje się dziwnie, bo Stephanie jest w ciąży, co do Evansa, to nie mam pojęcia, a jeśli chodzi o Samikę – uśmiechnęła się tajemniczo. – Tu sytuacja jest bardziej skomplikowana. Chyba wiem, co może chodzić.
− I?
− I co?
− Powiesz mi?
− Chyba żartujesz! – Oburzyła się gwałtownie. – To rodzinny sekret! Jeśli ci powiem, będą musieli mnie zabić. I ciebie też.
− A jeśli zabiorę cię na najlepsze lody w Warszawie?
Przygryzła wargę. Niepewnie rozglądnęła się wokół, choć doskonale wiedziała, że nikt ich nie słyszy.
− Zaryzykuję – zgodziła się w końcu. – Wiesz, że mam straszą siostrę, co nie?  − zaczęła, a Andrzej przytaknął. – I ta siostra kiedyś spotykała się z Samikiem. To było dawno temu, Samica jeszcze nie znał Natalii, więc tu żadnych matactw nie była – zaznaczyła, widząc zmarszczone czoło środkowego. – W każdym razie, Guillaume zerwał z Danny, a kilka miesięcy później ona urodziła syna, znaczy Isaaca, którego miałeś już okazje poznać. Oczywiście nikt nie ma stuprocentowej pewności, ale… Resztę dopowiedz sobie sam.
Andrzej powoli pokiwał głową. Nie wydawał się być specjalnie zdziwiony tym, co usłyszał. Tak, jakby pojawiający się znikąd synowie jego kumpli, byli czymś zupełnie oczywistym i powszechnym.
− Mogłem to przewidzieć – mruknął. – Albo przynajmniej coś podobnego.  W końcu to zupełnie normalne, że siostry siatkarzy, spotykają się z innymi siatkarzami. – Przewrócił oczami. – A ty? Którego owinęłaś sobie wokół palca?
− Jeszcze żadnego. – Szturchnęła środkowego w ramię. – Ale jednego kiedyś wymacałam. I co ciekawe był to twój kolega z kadry.
− Że co,  proszę?! – Szczęka Wrony wylądowała na dywanie. Pochylił się nieznacznie do przodu i zamrugał w zwolnionym tempie, nie odrywając wzroku od twarzy kobiety. – Nabijasz się ze mnie?
− Nie, mówię całkowicie poważnie!
− Kto? I jak?
− Bartek Kurek! Zaskoczony? – Klasnęła wesoło. – W życiu byś nie przypuszczał, co nie?
Automatycznie pokręcił głową.
− Ale… jak? – zapytał jeszcze raz. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić Joyce i Bratka. Głównie ze względu na uczy Kurka, która były całkiem udanym odwzorowaniem anten satelitarnych.
− To długa historia. – Jocelyne machnęła lekceważąco ręką. – Ale jak chcesz, to mogę ci ją opowiedzieć.
− Oczywiście, że chcę!
Joyce uśmiechnęła się chytrze. Rozsiadła się wygodnie na kanapie, wzięła na kolana pudełko z lodami i przybrała pozę profesjonalnego bajarza.
− To było dziewięć lat temu, w czasie mistrzostw Europy – zaczęła spokojnym głosem. – Przyjechałam do Turcji, by kibicować bratu i reprezentacji Francji, która ostatecznie zajęła drugie miejsce. W ramach nagrody dostali między innymi pudełkami z tymi fajnymi, tureckimi cukierkami. Problem był jedna taki, że większość zawodników ich nie lubiła. Ja za to kochałam miłością szczerą i niezniszczalną, kocham zresztą do dzisiaj. Stephane miał więc zebrać od kumpli te pudełka i zaczekać z nimi w szatni, bym mogła je odebrać. Bo, powiedzmy sobie szczerze, dziwnie by wyglądało, gdyby najlepszy przyjmujący turnieju wyszedł z hali z naręczem słodyczy.
− Mało edukacyjne – przyznał jej racje Wrona.
− No właśnie. A mnie było wolno, bo młoda i szczupła byłam – parsknęła śmiechem. – W każdym razie, poszłam tam do niego, ale okazało się, że Turcy jakoś dziwnie podpisali szatnie. I oczywiście musiałam je pomylić, co nie?!
− Brawo ty – mruknął po polsku Andrzej.
− Brawo ja – dokończyła odruchowo Joyce, zaraz jednak znów przeszła na angielski, by kontynuować opowieść. – Ale pomylenie drzwi to był pikuś. Potem, jak tylko przekroczyłam próg, to w hali padł prąd. Światło zgasło, ze strachu zatrzasnęłam za sobą drzwi i utknęłam w egipskich ciemnościach. Chciałam znaleźć włącznik światła, więc zaczęłam macać ścianę. Tylko, że zamiast ściany, obmacałam Kurka. I nikt mnie nie powstrzymał! – zakończyła, niby wściekle uderzając pięścią w kanapę.
Andrzej na początku nic nie powiedział. Wpatrywał się w Jocelyne szeroko otwartymi oczami, a ona nadal szczerzyła się głupkowato.
− Hardcore – wydukał w końcu środkowy.
− A żebyś wiedział – prychnęła. – Jak światła się zapaliły, to totalnie spanikowałam! Przeprosiłam szybko, a potem uciekłam, gdzie pieprz rośnie! Nawet tych głupich słodyczy nie wzięłam. Jak potem natknęłam się na Kurka w hotelu, to myślałam, że dosłownie zapadnę się pod ziemię.
  Gdy następnym razem spotkam Bartka, to mu o tym przypomnę. – Uśmiechnął się chytrze Wrona. – Ciekawe, czy on też tak źle wspomina tamtą sytuacje.
Joyce zarumieniła się mimowolnie. Odchrząknęła nerwowo, ale zaraz zmrużyła oczy  i pochyliła się do przody, nagle znajdując się niespodziewanie blisko siatkarza.
− Ale wiesz… to był dopiero mój pierwszy siatkarza. Jeszcze wszystko przede mną – szepnęła kokieteryjnie.
Przełknął głośno ślinę. Dzieliło ich tylko kilka centymetrów. Jego serce nagle zaczęło zwalniać. Mógł policzyć piegi na nosie kobiety. W panice zaczął analizować położenie, w jakim się znalazł, ale mózg mu się przegrzał i zablokował na jednej opcji.
Pocałować Joyce.
Już chciał to zrobić, już nawet zebrał się w sobie, gdy niespodziewanie rozległ się dzwonek do drzwi. Romantyczna atmosfera prysła jak bańka mydlana.
− Pizza!  − Joyce poderwała się z kanapy, obdarzyła Andrzeja kpiącym uśmiechem, a potem w podskokach ruszyła otworzyć drzwi.
Tak, jakby kompletnie nic się nie stało.
Pizza była w końcu najważniejsza.



Przedstawiam wam rozdział trzynasty. Przyznam, że pisało mi się go bardzo dziwnie. Z niektórych fragmentów jestem zadowolona, inne wyszły mi zdecydowanie gorzej. W każdym razie, tak jak obiecałam, pojawiają się Joyce i Andrzej i to jest ich całkiem sporo. 
Mam do Was prośbę, z tych cokolwiek dziwnych. Jeśli macie dwie minut wolnego, to bardzo bym prosiła o wypełnienie tej ankiety: 
Nie ukrywam, że potrzebuję jej bardzo pilnie do szkoły, a dokładniej do biznes planu. Takie życie, co nie?
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu. 
Pozdrawiam
Violin
PS Rozdział na Na dłużej niż na zawsze pojawi się na dniach. Po prostu ze względu na problemy techniczne, muszę go pisać prawie całego on nowa.